Du befindest dich in der Kategorie: Politik - Standpunkt - OPINIE
czy bracia Kaczynscy, Prezydent RP, premier i minister Anna Fotyga dekomunizuja berlinska gazete? bo obiecywali Polakom dekomunizacje w Polsce
Czy jako prezydent będzie Pan wspierał rząd lub samodzielnie zabiegał o przeprowadzenie w Polsce dekomunizacji?
Lech Kaczyński: Musimy mieć świadomość, iż największe efekty dekomunizacja mogła przynieść kilkanaście lat temu. Wówczas doszło do antyteczkowego zamachu stanu, a mój brat i ja - jako gorący jej zwolennicy - byliśmy obiektami zaciekłych ataków. Z przykrością stwierdzam, że również ze strony części obozu postsolidarnościowego. Dziś dekomunizacja przyniesie znacznie mniej efektów. Liczę jednak na to, że uda się ją przeprowadzić. Będzie szczególnie mało skuteczna w sferze gospodarki. W 1992 roku olbrzymia część przedsiębiorstw należała do skarbu państwa. Odcięcie od nich wówczas ludzi budujących PRL całkowicie zmieniłoby kształt naszej grupy najbogatszych. Niestety stało się inaczej. Wielu tego po czasie żałuje. Oczywiście podejmiemy starania, by dekomunizacja w Polsce jednak dokonała się,
Lech Kaczyński Prezydent IV Rzeczypospolitej. 11.08.2005 | Wywiad | źródło: Gazeta Polska Lech Kaczyński - wywiad dla „Gazety Polskiej” http://www.lechkaczynski.pl/article.php?id=59
a Genossinnen - to: Towarzyszki od słowa: Genosse - towarzysz
i gazeta ma jednoznaczny profil
Polacy stawiają pytanie o kierunek dekomunizacji dokonywanej przez braci Kaczyńskich:
- czy jutro politycy partii Prawo i Sprawiedliwość, zatrudnieni na posadach w Polsce, będą zwalczali komunistyczne gazety na Madagaskarze?
(...)"Das kann so nicht stehen bleiben", klagte etwa Premier Marcinkiewicz im polnischen Fernsehen. Der taz-Artikel sei ordinär und beleidigend für das polnische Staatsoberhaupt. "Es ist kaum vorstellbar, dass in Polen sich jemand erlauben würde, so über ein Staatsoberhaupt herzuziehen." Die polnische Botschaft in Berlin habe bereits interveniert. "Es muss eine Reaktion geben!", so Marcinkiewicz.
Außenministerin Anna Fotyga nannte es "beunruhigend und sehr enttäuschend", dass eine Reaktion der deutschen Behörden auf den Artikel völlig ausgeblieben sei (...)
In Berlin gab man sich indes zurückhaltend. "Unter Verweis auf die in Deutschland geltende Pressefreiheit kommentieren wir diesen Vorgang nicht", sagte ein Sprecher des Auswärtigen Amtes zur taz. Es komme in Deutschland häufig vor, dass man über einen journalistischen Artikel oder auch eine Karikatur geteilter Meinung ist.
Eine Aufregung, die zudem ganz praktische Konsequenzen hatte. So feuerte Außenministerin Fogyta, enge Vertraute des Präsidenten, ihren Pressesprecher, der die taz-Satire im Internet-Pressespiegel des Ministeriums veröffentlicht hatte.
Auch die taz-Korrespondentin kann nun eigentlich ihre Koffer packen. "Das polnische Außenministerium wird nie wieder mit einem Journalisten der tageszeitung reden", so Andrzej Sados, der neue Pressesprecher des Ministeriums. Dafür rufen bei der taz-Korrespondentin permanent anonyme Anrufer an und stoßen wüste Beleidigungen und Drohungen aus.
taz Nr. 8013 vom 5.7.2006, Seite 2, 138 TAZ-Bericht GABRIELE LESSER, veränderter Artikel in taz-Teilauflage http://www.taz.de/pt/2006/07/05/a0057.1/textdruck
Podniecenie, które miało przy tym praktyczne konsekwencje. Tak oto minister spraw zagranicznych Anna Fotyga wyrzuciła swojego rzecznika prasowego, który był zaufaną osobą prezydenta, za opublikowanie na stronach MSZ satyry taz.
Także korespondentka gazety może pakować walizki. "Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie będzie nigdy więcej rozmawiać z korespondentem tageszeitung" - oznajmił Andrzej Sados, nowy rzecznik prasowy ministerstwa. Za to dzwonią nieustannie anonimowi rozmówcy i zarzucają dzikimi wyzwiskami i groźbami.
http://sowa.beeplog.de/17379_140549.htm
http://sowa.beeplog.de/17379_133605.htm
http://unsinn.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?69998
Dienstag, 04. Juli 2006
Lech Walesa do: red. Piotr Jakucki, Tygodnika NASZA POLSKA - wywiad z Krzysztofem Wyszkowskim zamieszczony w Naszej Polsce z dnia 27.VI.2006 r.
Lech Wałęsa
Gdańsk 2006-07-02
Pan
Piotr Jakucki
Redaktor Naczelny
Tygodnika „NASZA POLSKA”
Ul. Dobra 5 m.1
00-384 Warszawa
Szanowny Panie Redaktorze,
Pański wywiad z Krzysztofem Wyszkowskim zamieszczony w Naszej Polsce z dnia 27.VI.2006 r. sprawił mi wielką przykrość. Określanie mnie przydomkami: TW „Bolek”, nieujawnionym agentem, niewyszkolonym koniem – na twardej uździe, chytrym Lesiem i wielkim zdrajcą, są wielce krzywdzące. Wszystkim tym epitetom przeczą dołączone: 1. Certyfikat pokrzywdzonego wydany przez IPN i 2. Postanowienie Sądu Lustracyjnego, które to dokumenty, wbrew obiegowym opiniom ludzi nie dokształconych, można wprawdzie dowolnie krytykować, tylko nie można ich wzruszyć, poza sądem. Dlatego smutne to jest, gdy tak znani dziennikarze, w celu utwierdzenia się w swoich wysublimowanych odczuciach moralnych i prawdach fundamentalnych, uciekają się do działań bezprawnych oraz zachowań nieobyczajnych.
A w ogóle, to tak misternie spreparowanego wywiadu, nie skojarzył bym ze swoją osobą, gdyby z tymi paranoicznymi wymysłami nie mieszano równocześnie mojego imienia. We wszystkich encyklopediach, przy prezentowaniu moich osiągnięć, prócz wielu dokonań przypisuje mi się: Pokojową Nagrodę Nobla, przewodnictwo Solidarności, prezydenturę RP, około 100 doktoratów honorowych (kilka tytułów profesora) i posiadanie bardzo wielu różnych tytułów, medali oraz odznaczeń, a przede wszystkim miano pogromcy komunizmu. Oczywiście, za tym wszystkim, spłynął na mnie deszcz nagród i strumień pieniędzy. Wiele w życiu osiągnąłem dzięki temu, że nigdy nie byłem niewolnikiem i bezkrytycznym wielbicielem pieniędzy, służb specjalnych (SB) oraz wielu innych pokus, z komunizmem na czele.
Problem deszczu pieniędzy spadającego na Solidarnościową Rewolucję, definitywnie zamknął ks. Henryk Jankowski (mimowolny kasjer Solidarności), na Pierwszym Zjeździe. Ks. Henryk Jankowski zdając sprawozdanie ze stanu kasy oznajmił, że finanse prowadzone były zgodnie z prawem i obyczajem, z najlepszą wiedzą oraz należytą starannością – po bożemu – co on potwierdza słowem kapłańskim. Zjazd przez aklamację przyjął sprawozdanie a żaden następny go nie podważał.
Tak więc urojenia p. Wyszkowskiego, powstałe w wyniku chorobliwych omamów po 25 latach, o tzw. pieniądzach paryskich, należy między bajki włożyć. A już twierdzenie, że on lepiej wszystko widział, bo zawsze trzymał się blisko mnie, że względu na przemycanie ważnych dokumentów, cieszących się rzekomo szczególnym zainteresowaniem służb specjalnych, brzmi dość dwuznacznie. I robienie ze mnie, przewodniczącego 10 milionowego Ruchu Społecznego Solidarność, „balzakowskiego skąpca” to rzeczywiście pomysł na Panów miarę i telewizji 2 TVP, w programie „Warto rozmawiać” dnia 22 maja 2005 r.
Gdy ja jako ofiara gwałtu, w obronnym odruchu, zwróciłem się do gen. Jaruzelskiego o odrobinę empatii dla swojej ofiary, to potraktowany zostałem zgodnie z lepperowską wykładnią pojęcia gwałtu, i to przez wszystkich obecnych w telewizji intelektualistów z senatorem Z. Romaszewskim na czele, prócz red. Pawła Wrońskiego, który jako jedyny odważył się zaprotestować, że coś tu nie tak. Szczególnie okrutnie zachował się wyedukowany w Moskwie senator RP Z. Romaszewski, demonstrując wręcz ostentacyjne obrzydzenie do ofiary komunistycznego gwałtu, czyli do mnie. A co ja złego uczyniłem, oczekując ludzkiego odruchu w postaci potwierdzenia swojej niewinności, od swojego gwałciciela – gentlemana, udającego heglowskiego herosa. Natknąłem się na duże potępienie otoczenia i zimne (obojętne) oblicze gen. Jaruzelskiego, człowieka o kamiennej twarzy i krzemiennym sercu funkcjonariusza. I tym razem, w katolickiej Polsce, ofiara okazała się winna a nie powszechnie szanowany rezydent radziecki.
W prezentowany w wywiadzie, mój wizerunek, człowieka żyjącego „z kieszonkowego” od Solidarności oraz napiwków, widocznie odpowiada pracownikom naukowym IPN, a także dobrze wpisuje się w historię rozmów z pułkownikami SB. Ale nawet wówczas (14 listopada 1982 r.), dla mnie to nie byli partnerzy do rozmów o Polsce. Byłem jednak w ich mocy (jako zakładnik) i to oni przyszli do mnie by mi podyktować warunki. Ja się im nie zwierzałem i nic od nich nie chciałem, nie było więc żadnego handlu. A, że z tych „gadek” zrodziła się III RP, to widocznie takie było zrządzenie losu. Wyszło przy tym, jak z tym mitycznym Midasem, czego się nie tknąłem zamieniało się, wprawdzie nie w złoto, ale w wielką politykę.
Przypisywanie mi przez Panów Redaktorów nienawiści do Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Nigdy nie ukrywałem, że dzięki ich zaangażowaniu i poświęceniu zwyciężyłem oraz spadł na mnie ten deszcz obfitości, który wyżej wyszczególniłem. I chwała im za to, oraz innym podobnym – mówię to w imieniu Wolnej Polski. Będąc ze mną, byli Oni wielkimi ludźmi, ale za to co zrobili ze swoim życiem później, nie mogę odpowiadać. Nic na to nie poradzę, że nikt ich już do niczego nie potrzebuje, prócz snucia prymitywnych intryg.
Ja, urodziłem się wolnym człowiekiem, nie byłem i nie jestem konspiratorem, donosicielem ani małym kombinatorem (co poniektórzy chcą mi przypisać), nie mam też psychicznego zeza, ale mam za to sprawną busolę moralną oraz instynkt uczciwego człowieka. Dlatego za użyte w wywiadzie, pod moim adresem epitety, naruszające dobre obyczaje, żądam moralnego zadośćuczynienia. W innym bowiem przypadku będę zmuszony zwrócić się do sądu powszechnego o obronę dobrego imienia oraz ochronę dóbr osobistych.
Pozostaje z szacunkiem
Lech Wałęsa
Od:
Lech Wałęsa lwprezydent@wp.pl
| Data: | 3 lipca 2006 15:05 |
Link Skomentuj » , ,
Samstag, 01. Juli 2006
Lech WALESA: Wstep do wznawianej ksiazki DROGI NADZIEI - na marginesie niemieckiego wydania Stafan Kosiewski w 1990 roku
Stefan Kosiewski: Nieszczęście i nadzieja. Warszawa Katolicki Tygodnik Społeczny ŁAD 24 czerwca 1990
Kilka miesięcy po francuskiej wersji autobiografii Wałęsy, która na Zachodzie zrobiła prawdziwą furorę, w kwietniu 1987 roku ukazało się niemieckie wydanie wspomnień elektryka z gdańskiej stoczni, laureata Pokojowej Nagrody Nobla za 1983 rok.
Europa zaczytywała się historią człowieka, którego nadal uważa za jednego z nielicznych w naszych czasach, prawdziwego bohatera. Głównie ze względu na to, że osoba Wałęsy kojarzy jej się z wolnym od wszelkich uzależnień ideologicznych, a więc i od ideologicznych obrazów przeciwnika, wolnym od nienawiści, konsekwentnym występowaniem tylko i wyłącznie na rzecz konkretnej poprawy warunków pracy i życia współobywateli.
Jesienią 1987 roku podczas Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie poproszono mnie o przetłumaczenie kilku pytań skierowanych do wiedeńskiego wydawcy wspomnień Wałęsy. Pytający przedstawił się jako redaktor ukazującego się naówczas nielegalnie czasopisma "Bez Dekretu". Nie sposób było odmówić, tak jak i nie szło się później wykręcić od wypowiedzi na zadany temat; wśród stękań i pojękiwań zamknąłem to wtedy w następujący sposób:
- Powiedziałbym tak: wydanie tej książki - w moim przekonaniu - jest sygnałem skierowanym do pewnych grup, czy sfer opinii publicznej Zachodu, który ma przypominać, że istnieje ktoś taki, czy coś takiego na Wschodzie, co może zaważyć na historii Europy. Książka mówi wyraźnie, że Wałęsa nie jest dziełem przypadku, lecz wynikiem pewnych politycznych konsekwencji. Również z tego powodu jest osobą polityczną. I teraz książka ta będzie mówiła kilkoma językami, że istnieje w Polsce człowiek, z którym winno się liczyć. Ta publikacja jest potwierdzeniem, że w oczach Zachodu Wałęsa jest nadal reprezentantem polskiego społeczeństwa.
Tym samym jest to również sygnał dla Wschodu, rodzaj przynaglenia, aby tę kwestię jak najszybciej rozwiązać. Lecz nie w taki sposób, jak Gorbaczow potraktował Sacharowa: nie chodzi o godności dla poszczególnych osób, zaproszenia na konferencje. Ta książka mówi, że trzeba uznać pozycję polskiego społeczeństwa.
Po co teraz to wspominanie wspomnień, przytaczanie samego siebie?
A dlatego, że Zachód nie wie, w odróżnieniu od rodaków Wałęsy, co to jest: słomiany zapał, przelotna miłość w polityce. Swiat nie zmienia tak łatwo swoich sympatii i uprzedzeń.
Lech Wałęsa nadal jest - w oczach Niemców - dla Polaków kimś, kogo obdarza się mianem Hoffnungsträger . Można to przetłumaczyć na polski dosłownie jako nosiciel nadziei, bądź też bardziej literacko: mąż opatrznościowy. Będą jednak i tacy w Polsce, którzy machną ręką, burknę: "nadziejarz".
Nadziei nie potrzeba tam, gdzie życie postrzegane jest jako realizacja planów i za cnotę uważa się akceptację nieszczęścia.
Taką mieszankę radosnego optymizmu ze stoicyzmem przepisywał Henryk Elzenberg czytelnikowi w swoim dzienniku filozoficznym pod datą 6 II 1944. Nowa polska lewica więcej cytuje, niż czyta Elzenberga, należy więc przypuszczać, że miałaby niejaki kłopot z egzegezą zapisanego tam zdania: Jeżeli nadzieja zawiedzie, przerzuca się ją w przyszłość dalszą i dalszą: w końcu czasów będzie Sąd jak się patrzy, a wtedy te łajdaki zobaczą! Od jednego tylko każdy się odżegnuje: od przebudowania własnych swych podstaw, by nieszczęście go nie mogło się imać.
No więc jak? Czy nie niesie w sobie pierwiastka nieszczęścia głoszenie tego rodzaju prometejskich tez? Nieszczęścia, które jest także źródłem tej tak niechcianej nadziei. I czy nie trzeba jej choć odrobinę mieć, zapisując powyższe słowa dla nieszczęśliwej potomności?
...
Na Kremlu Andriej Sacharow nie wywołuje już konsternacji delegatów wnoszeniem pod obrady moralnych aspektów. życie idzie dalej, bez niego. Sowiecka Ojczyzna zbudowana jest dialektycznie: z nieszczęścia i nadziei; syntezą jest coraz bardziej bolesna świadomość upływu czasu.
Stefan Kosiewski
Frankfurt nad Menem, 20 maja 1990
http://lad.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?38688 21:48, reakcja , Lech WAŁĘSA
Link Skomentuj » http://25lat.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?68842
Wstęp roboczy do wznowionego drukiem książki z mojego tworzenia ,,Droga Nadziei" Rachunek nadziei
"Drogę nadziei" w jej pierwszym wydaniu zakończyłem na wydarzeniu pamiętnym Siadam dziś do spojrzenia na nowo na tę historię mojego życia w rok po innym ważnym i bolesnym wydarzeniu. Drugiego kwietnia roku Pańskiego 2005 odszedł do domu Ojca nasz Jan Paweł II. Wiem jedno - mówiłem sobie wtedy w duchu - miłość zwycięży, bo Ty poświęciłeś jej całe życie. Wydarzenia te łączy wiele - odejście bliskich nam i wielkich Polaków, łączy uczucie solidarności i jedności, towarzyszące nam w takich chwilach. Różni - klimat czasu, a może wręcz epoki, różnią powody i okoliczności. To dwa wydarzenia, tak wiele mówiące o nas, o naszym świecie. Męczeńska śmierć ks. Jerzego z ręki oprawców, upokorzenie. Nasze przygnębienie i niepewność i nadzieja . Ta sama nadzieja milionów ludzi na całym świecie 21 lat później, nadzieja na jeszcze choćby kilka chwil życia naszego Papieża. I odejście - nie w samotności, ale w otoczeniu świata, w aurze świętości. I tym razem pojawiające się w chwili zadumy i smutku pytanie: gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy, jak sobie poradzimy bez przewodnika? Przecież przez całą drogę ku wolności i po jej odzyskaniu nam towarzyszył i podtrzymywał w nas mądrą nadzieję. W czasach komunizmu żyliśmy właśnie nadzieją. Nawet w chwilach najtrudniejszych ona nie gasła. Szliśmy krętą i wyboistą drogą nadziei ku wolności. Wolność nastała. upadł komunizm. A co się stało z nadzieją? Już nam nie jest potrzebna? A może wszelkie nadzieje zostały zupełnie zawiedzione? Wierzę, że nie. Po owocach ich poznacie - jest napisane. Nasza nadzieja przyniosła owoce, dobre owoce i innym Narodom . Nie zabrakło też i błędów. Nie mamy dziś jeszcze wystarczającego dystansu historycznego, aby oceniać tę drogę do wolności i po jej osiągnięcia . Nie mam natury historyka, dlatego częściej myślę o tym, co będzie niż - co było. Historia to jednak nauczycielka życia. Namówiono mnie, bym trochę się postarał i przypomniał sobie tamten czas dla potomnych, bo przecież to nie tylko moja historia życia, ale i dzieje narodu. Historykom zostawiam więc pracę nad zgłębianiem przyczyn i ustalaniem dokładnej chronologii zdarzeń, a samemu chcę spojrzeć na nasze narodowe doświadczenia XX wieku z pewnej perspektywy - tej społecznej tej osobistej i trochę tej strategicznej-bo widać już pewne prawidłowości i punkty zwrotne. Mogą one dawać początek rozważaniom nad tym, co wydarzyło się naszemu pokoleniu. Tylko tak można spisać katalog szans -tych wykorzystanych i niewykorzystanych, zrobić rachunek sumienia, żeby podążać dalej już w nowych warunkach drogą nadziei. Spróbuję więc w wielkim skrócie przedstawić moją uproszczoną wersję tego, jak toczyła się historia zmagań, jak doszło do tych zwycięstw, żeby pokazać szerszy kontekst i moją logikę postępowania wynikającą z doświadczeń własnych i narodu. Wstęp roboczy do wznowionego drukiem książki z mojego tworzenia ,,Droga Nadziei? Rachunek nadziei
i bolesnym. Żegnaliśmy wówczas ks. Jerzego Popiełuszkę. Jak pisałem wtedy - "na wieść o niej naród polski zastygł w bólu, stawiając jednocześnie pytanie: co jeszcze może się wydarzyć" Powiedziałem wtedy z wiarą: "Solidarność zwycięży, bo Ty oddałeś za nią życie". Od tamtego czasu wydarzyło się tak wiele, ale najważniejsze, że ta ofiara przyniosła prawdziwe owoce, którymi możemy się cieszyć od ponad szesnastu lat. Solidarność zwyciężyła.
00:57, reakcja , Lech WAŁĘSA
Link Skomentuj »
Po drugiej wojnie światowej, kolejny raz zdradzono nas przypisując do sowieckiej strefy wpływów, bez żadnej konsultacji i akceptacji. Decyzja ta była podważana w latach 40
i 50, nawet z użyciem broni, a wewnętrzni utrwalacze tych decyzji wraz z bratnią pomocą zewnętrzną, przewalczyli te dążenia, przypinając różne etykiety pokonanym, nazywając ich karłami reakcji. Pierwsze zmiana w sztafecie do wolności to powstanie antykomunistyczne w Poznaniu w 1956 roku zostało krwawo stłumione. Druga zmiana w sztafecie do wolności to lata 60. strajkami i demonstracjami na ulicach polskich miast. Detonacje uruchamiała młodzież w 1968 r , Trzecia zmiana , w 1970 czy 1976 - zakłady pracy. .Czwarta zmiana do wolności to rok 1980 poprzez 1989 i 1990 do całkowicie wolnych wyborów Prezydenckich.. Wszystkie dążenia do wolności do 1989r były w zarodku siłowo rozbijane i tłumione, nawet przy użyciu broni. Przegrane bitwy i komunistyczna siłowa propaganda udowadniała, że nie ma szans w najbliższym czasie na wyswobodzenie się z uścisku sowieckiego. Pokazywano wtedy też argumenty wspomagające, jak obecność w Polsce na stale ponad 200 tysięcy żołnierzy radzieckich, przy rozlokowaniu wokół Polski ponad miliona żołnierzy sowieckich z rozmieszczoną w strategicznych punktach bronią masowego przyjacielskiego rażenia. W tych warunkach nastąpiło chwilowe - z rozsądku - przeniesienie wiary w zwycięstwo na inne sprzyjające czasy. Stronie zachodniej też nie odpowiadał komunizm, ale nie była w stanie przewidzieć końca i bała się możliwych kosztów tej przyjemności. Koniec lat 70. to więc okres zastoju w dążeniach do wolności w Polsce, Europie i na świecie. Walka co najwyżej toczyła się o poprawę bytu. W tym stanie niemocy, klinczu, apatii, braku większej nadziei zbliżaliśmy się do końca drugiej tysiąclatki chrześcijaństwa. Wówczas zdarzyła się rzecz nieprzewidziana i nie doceniona w ludzkich kalkulacjach. Polak został papieżem. Po około roku od wyboru przyjechał do Ojczyzny. Cały świat przyglądał się z niedowierzaniem temu, co się dzieje w komunistycznym państwie. Miliony ludzi brało czynny udział w spotkaniach z Ojcem świętym. Papież nie kazał nam jednak robić rewolucji, nie namawiał do przewrotu. Był jednak tak sugestywny, że naród Polski i inne z niewolone Narody obudził . Poczuliśmy siłę i moc, jaką daje uczestnictwo w zbiorowości zjednoczonej wokół tych samych pragnień i nadziei.
Jan Paweł II wypowiedział wówczas dwa zdania, które miały nieprawdopodobne znaczenie dla nas i dla biegu historii: "nie lękajcie się", bośmy byli rzeczywiście wtedy zastraszeni skuteczną metodą rozbijania więzi , oraz "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi", bo nadprzyrodzonej siły i mądrości solidarnej potrzebowaliśmy. Przestaliśmy się lękać w zjednoczonym tłumie i dlatego stworzyliśmy dziesięciomilionowy związek zawodowy - "Solidarność" niejako z marszu po spotkaniu z Ojcem Świętym . Był to pierwszy w naszej historii ruch społeczny, gromadzący pod jednym sztandarem starych i młodych, robotników i intelektualistów, studentów . Ojciec święty dał trafne słowo a szczątkowe organizacje w ciało to zamieniły i odmieniliśmy nasze oblicza w sposobie marszu do wolności , a później oblicze naszej ziemi. Dotąd prawdziwą siłą komunizmu była słabość społeczeństwa, jego zatomizowanie, rozdrobnienie. Obok militarnej siły - policji, wojska i czołgów, to właśnie zastraszenie, słabość i rozdrobnienie społeczeństwa była głównym filarem komunistycznej władzy. W latach 80 ten filar w Polsce runął wiedzieliśmy już jak zwyciężać mamy .
Komunizm, wprawdzie osłabiony w tedy , ale chciał trwać na swoich pozycjach. Nie mógł upaść tylko od słów i trzeba było ponad 10 lat morderczych zmagań. Bardzo wielu po nasze stronie w tym czasie w różnych miejscach zwątpiło, namawiając do zaprzestania walki i poszukania pomysłu na zwycięstwo w innym nowym zorganizowaniu. Jednak obudzony naród, mimo mijającego czasu i utraty sił, trwał w tym Solidarnościowym pomyśle w sposób daleko zdyscyplinowany ? o co nie było łatwo wobec pokusy szybkiej rewolucji i radykalnych ruchów - poprowadzić drogą ewolucji, czy jak chcą niektórzy, rewolucji samoograniczającej się, poprzez protesty, strajki i negocjacje ku wolności.
Znana jest prawidłowość, że łańcuch pęka w swoim najsłabszym ogniwie. Tym ogniwem w zbrodniczej konstelacji państw komunistycznych była Polska. Ogniwo to pękło częściowo 4 czerwca 1989 roku dobite całkowicie wolnymi wyborami Prezydenckimi kończącymi wzmaganie o Wolność o uzyskanie w pełni wolnych możliwości . Pierwsze, mimo że nie w pełni demokratyczne wybory do parlamentu sprzed 17 lat były wydarzeniem, które trzeba wpisywać w cały ciąg wypadków na naszej drodze nadziei do wolności. Drodze trudnej, ale uwieńczonej zwycięstwem, zapoczątkowanej w pamiętnym Sierpniu 1980r, Komuniści ciągle dysponowali ogromną siłą, której już wcześniej nie wahali się użyć. W takich warunkach musieliśmy prowadzić z władza komunistyczną grę . But robotniczy był po Sierpniu już na tyle mocno osadzony między drzwi do wolności, że wiedzieliśmy, dokąd zmierzamy. Nie można było ich zbyt szybko otworzyć, żeby nie drażnić niedźwiedzia, ale jednocześnie nie można było ani na milimetr dać się wypchnąć. Niedźwiedź nie poradził sobie sam ze sobą - Związek Radziecki rozpadł się później na skutek przedewszystkim tych właśnie wydarzeń w naszym kraju, a nie odwrotnie. Niektórzy głoszą, że procesy zmian u nas miały taki kształt, bo ojczyzna światowego proletariatu się rozpadła. Nie należy mylić skutków i przyczyn. Wybór i działania Michaiła Gorbaczowa były próbami remontowania komunizmu, a nie jego rozmontowania. Jego sukces , pozytywna rola , jest tylko w tym że właściwie nic mu się nie udało , poniósł całkowitą klęski we wszystkich zamiarach i dążeniach , Gdyby cokolwiek mu się udało w obronie komunizmu to by na pewno bardziej skomplikowało drogę do uwolnienia się . Pokazanie rzeczywistego biegu wydarzeń w odniesieniu do własnych doświadczeń i źródeł było też przyczynkiem napisania ?Drogi nadziei?.
00:54, reakcja , Lech WAŁĘSALink Skomentuj »
Książka, którą dziś oddajemy z niezmienioną warstwą treściową, miała być w zamyśle obrazem tamtych czasów
Książka, którą dziś oddajemy z niezmienioną warstwą treściową, miała być w zamyśle obrazem tamtych czasów, a obecnie może stać się także argumentem w powracającej co jakiś czas dyskusji o wielu ? również moich ? wyborach i decyzjach na drodze do wolności. Kiedy dziś ktoś próbuje w niecny sposób, bez kontekstu tamtych dni, pogrywać historią, dochodzę do wniosku, że prawdę historyczna trzeba podnosić wyraźniej, że trzeba sięgać do faktów i je głośno przywoływać. Niech więc i temu służy to moje ówczesne, spisane na tych kartach, spojrzenie na przebytą drogę życia i walki, nabierając jednocześnie dodatkowych znaczeń w kontekście dzisiejszych interpretacji, a może raczej nadinterpretacji i nadużyć. Bez zrozumienia pewnych mechanizmów walki z totalitarnym system i klimatu tamtego czasu trudno rzetelnie budować dzisiejszą rzeczywistość wolnej Polski.Próbując po latach przywołać atmosferę zmagań z systemem, pokazać mój sposób myślenia o walce i dążenie do celu sięgnąłem właśnie do "Drogi nadziei", gdzie w jednym z fragmentów dość celnie, jak sądzę, ująłem klimat tamtej gry i sens moich działań. Było w nim przywołane zdarzenie, które wtedy określiłem moim ?manewrem grudniowym?, kiedy to zamiast samemu pójść w rocznicę grudnia pod Pomnik Poległych Stoczniowców, poprosiłem żonę, by mnie zastąpiła i złożyła kwiaty. Ja byłem łatwiejszym celem i moja obecność skończyłaby się kolejnym aresztowaniem, ale bez większego echa, a ja chciałem zrobić krok dalej. I rzeczywiście pojawienie się Danuty było wymowne, bo była świeżo po sukcesie z Oslo. Wcześniej rozpowszechniłem przemówienie grudniowe, w którym jak zwykle podsumowałem nasze osiągnięcia i naszkicowałem plany na przyszłość. Zarzucano mi wtedy, że się umawiałem, że miałem być przy pomniku, a nie przyszedłem. Wiedziałem, że nic by to nie dało, a żony, trudniej było zaatakować. Nawet, jeśli by się tak stało ? dziś rozumiem, jak mocno wystawiałem na ryzyko bliską osobę ? protesty byłyby zdecydowanie silniejsze i niezręczność po stronie aparatu większa. Mówiłem wtedy do ludzi, do kolegów na wielu spotkaniach: ?żeby cokolwiek wykonać, trzeba czasami zamaskować rzeczy (?) Ja mam wykonać zadanie i prowadzić do zwycięstwa. Ale nie o wszystkim będę mówił i nie zawsze robił tak, jak jakaś grupa by chciała. Nie mogę w imię mojej odpowiedzialności. (?) To nie zarozumialstwo Musiałem więc toczyć taką grę z władzą. Na tej drodze było więcej takich potyczek na spryt i zaskoczenie, które bywają odczytywane przez niektórych jako dogadywanie się czy wręcz układanie z władzą. Ci sami interpretatorzy nie chcą jednak pamiętać, jakie to perfidne metody władza stosowała w tej walce. Pamiętam takie zdarzenie, kiedyś w czasie strajku kierownictwo stoczni ogłosiło w dzień wypłaty, że pieniądze zaliczkowo otrzymają tylko nie strajkujący . W ludziach się zagotowało. Jeszcze chwila, a byłby lincz, i to nie na władzach zakładu, ale na nas, na komitecie strajkowym. Brakowało już ludziom sił i środków. Rodziny były w potrzebie. Widząc perfidne przemyślane , niebezpieczne uderzenie władz i miedzy innymi takimi działaniami łamaną nadzieję na możliwy sukces , w reakcji błyskawicznie, ogłosiłem, że Komitet Strajkowy w trybie natychmiastowym wypłaca wszystkim strajkującym dwa razy więcej, niech ustawiają się w kolejce. Zorganizowaliśmy pieniądze i błyskawiczne wypłaty szybciej od przeciwników . Gdybym się spóźnił minimalnie z taką decyzją strajk byłby zagrożony , rozróba pewna a użycie przygotowanych na ten cel sił porządkowych nieuniknione . Taka sytuacja i podobne prowokacje powtórzyła się .Nie było czasu na liczenie możliwości płatniczych , konsultacje demokratyczne . Taka to była rzeczywistość i moja gra, której strzępy, częstokroć wyrwane z kontekstu na moją niekorzyść, trafiają dziś z różnych inspiracji do opinii publicznej przy kompletnym braku zrozumienia dla jej istoty. Autorów tych inspiracji najczęściej nie było w pierwszej linii walki. Dziś są odważniejsi. Nie rozumieją, że szybkie działanie, nawet wbrew wszystkim, błyskawiczne kontry na przemyślane zagrywki władz to była jedyna metoda osiągania kolejnych przyczółków wolności, a czasem ratowania naszej sytuacji. To był jedyny sposób, choć mało wdzięczny, żeby uruchomić i poprowadzić pokojowymi drogami odpowiednie siły społeczne, by usunąć narzucone zdradą, podstępem i przemocą, rozwiązania po II wojnie światowej. Efekt naszej Solidarnościowej walki jest tak wielkim sukcesem, że nie mieści się w wielu, nawet inteligentnych - wydawałoby się - głowach, powodując, budowanie bzdurnych teorii o zdradzie, o manipulacji. Po raz kolejny, podobnie, jak to uczyniłem przed Parlamentem wolnej III Rzeczpospolitej w 25. rocznicę powstania Solidarności, wobec Boga, wszystkich świętości i całego świata oświadczam, że żadna manipulacja czy zdrada nie miała miejsca. Nikt, a więc ani SB, KGB, CIA czy MOSAD ani żadna inna siła nie została dopuszczona do decyzji po naszej wolnościowej, a potem solidarnościowej stronie na drodze do wolności, tam, gdzie ja bywałem, do momentu przekazania decyzji demokracji w 1989 roku. Potem demokracja sama układała historię. Nasza rewolucja, ta której miałem przywilej przewodzić, rewolucja ?Solidarności", wygrała i została oddana demokracji. Musieliśmy dać każdemu obywatelowi jakiś odcinek rzeczywistości do decydowania: w sferze decyzji politycznych, w sferze własności. To niosło odpowiedzialność, to też przyniosło zagubienie i poczucie bezradności. Strach zajrzał ludziom w oczy. To był ten koszt zmian. Także zmiany myślenia. Pamiętam, jak przy bramie stoczni mówiłem: Wy się cieszycie, a ja się boję ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić. Ci, którzy przynieśli mnie na ramionach, mogą rzucać we mnie kamieniami. I rzeczywiście, trudy życia w III Rzeczpospolitej Polacy zaczęli wiedzieć jako efekty działań ,,Solidarności? i Lecha Wałęsy. I wcale nie można się dziwić tym, którzy odwrócili się od Sztandaru Solidarności, gromadzącego niegdyś 10 milionów Polaków. Rozumiem Polaków, naszemu pokoleniu przytrafiło się tak wiele. Grzechy i winy mają jednak na szczęście to do siebie, że można je naprawiać, a nawet zadośćuczynić.
Tak widzę naszą najnowszą historię w wielkim skrócie. Tak widzę naszą drogę nadziei, którą musimy nadal podążać. Od kilkunastu lat zapisujemy jej dalszy już demokratyczny ciąg. Nie ustrzegliśmy się błędów i zaniechań. Cóż, na polskiej trudnej drodze ostatnich lat grzechy były pewnie nieuniknione. Inna rzecz, że choć ich nie brakuje, to i tak więcej nam się dobrego przytrafiło. Niech grzechy nie przesłaniają nam sukcesów. Stary system wypaczał charaktery, demoralizował, wprowadzał podziały, nawet wśród najbliższych. A jednak znaleźliśmy w sobie siłę, by upomnieć się o godność i prawo do wolności. Na tym polegała walka ,,Solidarności? o normalne życie. To, co niemożliwe stało się realne. Otworzyła się droga do wolności. Nadzieja na lepsze czasy. Na życie w dostatku i spokoju. Doszliśmy tą drogą daleko, popełniliśmy wiele błędów, ale wierzę, że z tej drogi nie zeszliśmy, bo nie ma nic gorszego, jak brak marzeń, jak brak nadziei. Dajmy więc ją, tym, którzy jej nie mają. Dajmy im uwierzyć w siebie i Polskę. Musimy, każdy z nas z osobna i cały naród, odnaleźć się w nowym globalnym świecie, a to wymaga wielkiego wysiłku i nadziei dobrego jutra. Dajmy ją młodym ludziom, którzy wyjeżdżają ze swojej Ojczyzny za chlebem. To prawdziwy nasz wewnętrzny dramat, bo przecież walczyliśmy o wolność, o wolność poruszania się, a teraz nie możemy ich zatrzymać. Nie możemy i nie potrafimy dać im nadziei. Zapytał mnie kiedyś młody zdolny chłopak, który dostał propozycję dobrej pracy za oceanem, co ma zrobić? Zastanawiał się, czy wyjechać, nie chciał opuszczać Polski. Nie wiedziałem, co mu doradzić. Pomyślałem, taki zdolny, niech tu pracuje i buduje potencjał Polski. Ale za chwilę przyszła myśl, że może tam więcej zyska, może zarobi trochę pieniędzy i wróci do Polski, tu wprowadzi dobre rozwiązania, tu zainwestuje. Może to jest szansa i kto potrafi, niech ją wykorzystuje. Ważne, żeby dać tym młodym poczucie, że mają do kogo i do czego wracać, że są tu oczekiwani. Dajmy im nadzieję. Bo w nadziei wszystko się zaczyna. W niej miał początek zryw wolnościowy naszego narodu. W niej zaczęła się nasza przemiana, z nią hartowaliśmy ducha, z nią zwyciężyliśmy. Nie traćmy jej dzisiaj, róbmy wszystko, aby mieli ją nasi sąsiedzi, dzieci i wnuki. Chcę dalej podążać drogą nadziei i zapraszam na nią wszystkich zatroskanych, zawiedzionych, ale też zadowolonych i szczęśliwych. Będzie mnie można na niej spotkać, dopóki sił starczy i nadzieja moja własna nie ustanie.
Lech Wałęsa
Dnia 30-06-2006 o godz. 2:22 Opozycja Pozaparlamentarna napisał(a):
Jeden tylko Lech Wałęsa 30 czerwca o godzinie dziesiątej spotyka się z Ambasadorem Palestyny w Polsce. Ale czy Wałęsa to polityk? Tak sobie ułożył ten Wałęsa program dnia, że o godzinie dziewiątej zje śniadanie w Instytucie Lecha Wałęsy, a o 12 obiad. A gdzie ten Ambasador będzie jadł? A kiedy wreszcie Lech Wałęsa przestanie wyzywać od "Dezerterów" swoich kolegów z Solidarności, którzy musieli zabierać manatki nie przymierzając jak jaki arab? A nie powinni byli wyjechać z Polski - jak słusznie Lech Wałęsa zauważa.http://25lat.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?211034 00:49, reakcja , Lech WAŁĘSA
Link Skomentuj » http://25lat.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?68842 http://25lat.blox.pl
http://sowa.blogsource.com/post.mhtml?post_id=356912
Donnerstag, 29. Juni 2006
Zytówka obawia sie o powage urzedu, a Lech Walesa obalil komune bez obaw

Zytówka obawia się o powagę urzędu,
a, czy to Polska urzędem stoi? Czy może to jeszcze na przykład jeden jakiś podły szantaż, albo niecna groźba szantażu naruszyć to, czego nigdy nie było i nie ma? Tak jak nie było i nie ma skarbu w Ministerstwie Skarbu, w którym ta Gilowska robiła za ministra?
- A jeśli nic na tę Zytę nie ma, żadnych kwitów, papierów, haka ani kitu, to czego się ona boi? Czym ją ten UB-ek wprowadzający w błąd tak postraszył?
- A po co ją tamten zwolnił, co ją teraz znowu do żłobu przygarnia? Czy nie wystarczy to już tych gupich kroków w rządzie, który nie wie, jak ma upaść?
Bo na przykład w takim Israelu to był problem, z tym tak zwanym rządem, palestyńskim, który nie miał z czego dziesiątkom tysięcy swoich nauczycieli, policjantów i urzędników pensje płacić. I ten rząd nie płacił miesiącami, i nie mieli z czego żyć, kobiety, dzieci. Unia Europejska, do której te Ministerstwo Skarbu płaci rocznie składkę z Warszawy, tzw. frycowe, ulitowałła się wreszcie i postanowiła wypłacić dla tych rodzin palestyńskich 105 milionów Euro, za pominięciem tego antyżydowskiego rządu palestyńskiego, co go żydzi w Israelu i w Europie nie muszą przecież uznawać. Bo tego rządu już nie ma, tak jak Zytówki nie ma w Ministerstwie Skarbu, którego w Polsce też nie ma.
To przez jedną noc ten problem został rozwiązany: wjechały czołgi sojusznicze do tej Strefa Gazy administrowanej bez kasy, bo lud był bez chleba i trzeba było coś zrobić, żeby się te miliony obiecanych Euro nie rozeszły po kościach.
Czy jakaś partia w Polsce odezwała się coś w tej sprawie? Czy jakiś rząd, stronnictwo, platforma, radio Maryja, albo pojedynczy chociaż dziennikarz, czy polityk się przejął - jak Gilowska - powagą chwili? Czy pomyślał chociaż jeden w Polsce, żeby się spotkać i pogadać z prawdziwym przedstawicielem Narodu? Chociażby tego narodu, który miał te pieniądze od Polskiego Narodu dostać?
Jeden tylko Lech Wałęsa 30 czerwca o godzinie dziesiątej spotyka się z Ambasadorem Palestyny w Polsce. Ale czy Wałęsa to polityk? Tak sobie ułożył ten Wałęsa program dnia, że o godzinie dziewiątej zje śniadanie w Instytucie Lecha Wałęsy, a o 12 obiad. A gdzie ten Ambasador będzie jadł? A kiedy wreszcie Lech Wałęsa przestanie wyzywać od "Dezerterów" swoich kolegów z Solidarności, którzy musieli zabierać manatki nie przymierzając jak jaki arab? A nie powinni byli wyjechać z Polski - jak słusznie Lech Wałęsa zauważa.
Wątpliwa przeszłość Gilowskiej dla Kaczyńskich i premiera Marcinkiewicza nie jest już wątpliwa, chociaż Gilowska do Sądu Lustracyjnego się nie stawiła. Polska nie stoi powagą urzędu; można robić cuda na urzędzie jak na juwenaliach, bo przykład idzie z góry, tu kliknij, żeby posłuchać meldunku kandydata na Prezydenta Reczypospolitej, a przy okazji: słuchaj, Jezu, jak ci śpiewa lud.
Jeżeli zaś będzie ktoś chciał zjeść wspólnie kolację, to nie jak Polak z Palestyńczykiem, ale rzeczowo i na temat. Bo przez ostatnie dwa stulecia Polska nie zawsze była. A nawet jak już była, to przeważnie w opałach. Polaków jednak nikt nigdy nie powstrzymał, żeby zrobili wciąż coś dla Ojczyzny i Narodu, zwłaszcza kiedy nie szło już nic zdziałać.
Stan Dawid Ligoń
22:59, kultur , SOWA
Link http://ligon.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?176042
Dienstag, 27. Juni 2006
Michalkiewicz i Marcinkiewicz, w zajebistym Muzeum KOSTRO
W zajebistym rządzie Buzka za ministra Kultury robił Kazimierz Michał Ujazdowski. Było zajebiście, były duże możliwości.
W ministerstwie rządził Robert Kostro, siedział za palmą, w pierwszym pokoju po prawej stronie. Potem wyprowadził kasę na Europalia do Brukseli i sam się też wyprowadził, żeby dopilnować tej kasy. http://www.europalia.pl/www.europalia.pl/en/list03.html
Kostro robił za szefa gabinetu politycznego Ministra, a za szefa gabinetu politycznego premiera robił Kazimierz Marcinkiewicz.
W zajebistym rządzie Marcinkiewicza Ujazdowski robi znowu za Ministra Kultury,
a Kostro za Dyrektora Muzeum Historii Polski
Kostro nie ma chyba stopnia naukowego, a wypowiada się w gazecie "Rzeczpospolita" jak mełamed w chederze:
W ciągu ostatnich 15 lat dokonała się w Polsce prawdziwa edukacyjna rewolucja w dostępności nauczania. Dość powiedzieć, że od 378,4 tys. studentów w roku akademickim 1989/90 doszliśmy do 1800 tys. Liczba szkół wyższych wzrosła w tym czasie z 98 do 377, a współczynnik scholaryzacji dla generacji w wieku 19 - 24 lat z 9,8 proc. do 34,5 proc. (łącznie ze starszymi studentami jest to nawet 45,6 proc.). Taka rewolucja byłaby niewyobrażalna, gdyby nie powstanie wolnego rynku w dziedzinie edukacji www.rzeczpospolita.pl http://www.republikanie.com/marekmojsiewicz/?id=1050
Tygodnik Soolidarność natomiast donosi: Nowe muzeum ma powstać w ciągu trzech-czterech lat kosztem 40 mln zł w zrekonstruowanym Pałacu Saskim przy warszawskim placu Piłsudskiego http://www.tygodniksolidarnosc.com/2006/19/6_muz.html
Pałacu Saskiego na szczęście jeszcze nie ma, warto więc przypomnieć, że jakieś dziesięć lat temu, około roku 1996 z koncepcją odbudowy Pałacu Saskiego ujawnił się na zjeździe towarzystw niemiecko-polskich Janusz Marchwiński, były redaktora Radia Wolna Europa, potem przewodniczący stowarzyszenia Polnischer Rat Bundesverband. Propozycja odbudowy pałacu najgorszych królów, jacy zasiadali na tronie Rzeczypospolitej, symbolu epoki zdrady i zaprzedania spotkała się ze zdecydowaną krytyką Polaków w Niemczech. Marchwiński został odwołany; formalnym powodem odwołania (ustąpienia) były nie rozliczone jak należy środki finansowe pobrane od niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przez Marchwińskiego jako prezesa stowarzyszenia Bundesverband, powszechnie uznawanego za organizację żydowskiej Polonii w Niemczech.
http://kurier.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?212761
Nie było 10 lat temu i nie ma taraz w Polsce żadnego istotnego powodu dla Narodu Polskiego , żeby wydawać pieniądze na stawianie od nowa budynków, które symbolizują władzę w Polsce ludzi pozbawionych honoru, zdrajców i przeniewierców, oszustów i szalbierzy. August jeden i drugi są ludźmi, którzy zasłużyli się tylko i wyłącznie dla złodziei i cwaniaków, a Polsce odebrali suwerenność i bezbronną przysposposobili do tragedii rozbiorów.
Psy szczekają, a budowa jedzie dalej: w centrum Warszawy stoi oto już jeden symbol zniewolenia Narodu Polskiego. W najblizsza srode 28.06.2006 w godz. od 9:00 do 14:00 odbędzie się w nim konferencja dotyczaca polityki zagranicznej warszawskiego MSZ w stosunku do Wschodu. Czego szukamy na Wschodzie?
IDEE I REALIA POLSKIEJ POLITYKI ZAGRANICZNEJ WOBEC BIAŁORUSI, ROSJI I UKRAINY
Wśród prelegentów znaduą się:
prof. Jerzy Kłoczowski, amb. Marek Ziółkowski, dr Ryszard Zoltaniecki, red. Jerzy Marek Nowakowski, prof. Pomianowski, prez. Adam Pomorski, amb. Ryszard Schnepf.
Miejsce konferencji:
Collegium Civitas, Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, Pl. Defilad 1, XII piętro, aula A
ob. SCHNEPF, doradca w MSZ ds. rozbijania POLONII
|
III. Sądownictwo i prokuratura Oswald Sznepf - sędzia WSR Rzeszów |
13:24, reakcja , Jan Kobylański środa, 11 stycznia 2006
Link Skomentuj (1) »
http://usopal.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?91241
http://de.groups.yahoo.com/group/sowa-frankfurt/message/328
Bo w takim np. Izraelu lobby żydowskie jak już coś ma na celowniku, to nie trwa to długo.
Tak samo dzieje się wAmeryce i w innych krajach, a świadczy to nie tylko na korzyść celownika.
Tymczasem żyd krajowy Michałkiewicz o słowiańskim imieniu Stanisław plecie duby smalone,
że radio Maryja "jest na celowniku razwiedki i lobby żydowskiego w Polsce".
Kto tylko chce wiedzieć, ten wie, że Radio Maryja założone zostało po spotkaniach w Magdalence i tzw. okrągłym stole, a więc nadaje w rozgrabionej (przez kogo?) Polsce od kilkunastu lat.
Z prostych obliczeń i rabinackich wywodów lidera partii skrajnie prokapitalistycznej (Unia Polityki Realnej, która z katolickiej nauki społecznej Kościoła programowo i zwyczajnie po prostu sobie kpi) wynika, że razwiedka i lobby żydowskie mają radio Maryja na celowniku przynajmniej od dwudziestupięciu lat.
Bo lobby żydowskie i razwiedka wiedzą przecież, co w trawie piszczy na długo przed tym, zanim to się w tej trawie zagości.
Pytanie brzmi: po co ten Michałkiewicz chce mieć Polaków za głupszych od siebie?
- A kto mu dał prawo atakować rawiedkę, jeżeli ta ma taki dobry celownik?
- No, a ten Kostro, to jak czasem coś wypowie, to się to zaraz spotyka z zasadniczą i merytoryczną krytyką:
POLEMIKA - "Amelia i krasnoludki" - z artykułem w Rzeczpospolitej z 6.06.2002 r.
Robert Kostro ("Rz" z 6.06.2002, "Kultura inwestycji") nie opiera się na faktach, ale na własnym o nich przeświadczeniu. Jako szef gabinetu politycznego ministra Ujazdowskiego, a potem wicedyrektor Instytutu Adama Mickiewicza wniósł twórczy wkład w tworzenie budżetowej katastrofy kultury. Dziś niewiele ma do zaproponowania oprócz krytyki.
A to nie ma przyzwoitego muzeum sztuki współczesnej. A to nie ma możliwości eksponowania kolekcji ani środków na gromadzenie zbiorów. Wspominając z nostalgią trzech poprzednich ministrów kultury, Kostro nie obarcza ich odpowiedzialnością za te braki. Wręcz przeciwnie. Ich zasługi widzi ogromne.
http://www.mk.gov.pl/website/index.jsp?artId=566
To może jest inne Muzeum, żeby ten Kostro mógł przejść, a w tym budynku, który był symbolem pohańbienia Narodu Polskiego, może jaki inny naród wymyśli coś mądrzejszego niż ten, co podsunął ten niedobry pomysł Marchwińskiemu, którego odwołano 10 lat temu i Robertowi Kostro, który jest młodszy od premiera, więc skąd mógł wiedzieć, w co się pcha?
Stan Dawid Ligoń
http://ligon.blox.pl/2006/06/W-zajebistym-Muzeum-KOSTRO.html
Die auf Weblogs sichtbaren Daten und Inhalte stammen von
Privatpersonen. Beepworld ist hierfür nicht verantwortlich.


















