Du befindest dich in der Kategorie: Politik - Standpunkt - OPINIE

Samstag, 01. Juli 2006

Lech WALESA: Wstep do wznawianej ksiazki DROGI NADZIEI - na marginesie niemieckiego wydania Stafan Kosiewski w 1990 roku

Von direktion, 22:14

  • Stefan Kosiewski: Nieszczęście i nadzieja. Warszawa Katolicki Tygodnik Społeczny ŁAD 24 czerwca 1990

     

    Kilka miesięcy po francuskiej wersji autobiografii Wałęsy, która na Zachodzie zrobiła prawdziwą furorę, w kwietniu 1987 roku ukazało się niemieckie wydanie wspomnień elektryka z gdańskiej stoczni, laureata Pokojowej Nagrody Nobla za 1983 rok.

    Europa zaczytywała się historią człowieka, którego nadal uważa za jednego z nielicznych w naszych czasach, prawdziwego bohatera. Głównie ze względu na to, że osoba Wałęsy kojarzy jej się z wolnym od wszelkich uzależnień ideologicznych, a więc i od ideologicznych obrazów przeciwnika, wolnym od nienawiści, konsekwentnym występowaniem tylko i wyłącznie na rzecz konkretnej poprawy warunków pracy i życia współobywateli.

    Jesienią 1987 roku podczas Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie poproszono mnie o przetłumaczenie kilku pytań skierowanych do wiedeńskiego wydawcy wspomnień Wałęsy. Pytający przedstawił się jako redaktor ukazującego się naówczas nielegalnie czasopisma "Bez Dekretu".  Nie sposób było odmówić, tak jak i nie szło się później wykręcić od wypowiedzi na zadany temat; wśród stękań i pojękiwań zamknąłem to wtedy w następujący sposób:

    - Powiedziałbym tak: wydanie tej książki - w moim przekonaniu - jest sygnałem skierowanym do pewnych grup, czy sfer opinii publicznej Zachodu, który ma przypominać, że istnieje ktoś taki, czy coś takiego na Wschodzie, co może zaważyć na historii Europy. Książka mówi wyraźnie, że Wałęsa nie jest dziełem przypadku, lecz wynikiem pewnych politycznych konsekwencji. Również z tego powodu jest osobą polityczną. I teraz książka ta będzie mówiła kilkoma językami, że istnieje w Polsce człowiek, z którym winno się liczyć. Ta publikacja jest potwierdzeniem, że w oczach Zachodu Wałęsa jest nadal reprezentantem polskiego społeczeństwa.

    Tym samym jest to również sygnał dla Wschodu, rodzaj przynaglenia, aby tę kwestię jak najszybciej rozwiązać. Lecz nie w taki sposób, jak Gorbaczow potraktował Sacharowa: nie chodzi o godności dla poszczególnych osób, zaproszenia na konferencje. Ta książka mówi, że trzeba uznać pozycję polskiego społeczeństwa.

    Po co teraz to wspominanie wspomnień, przytaczanie samego siebie?

    A dlatego, że Zachód nie wie, w odróżnieniu od rodaków Wałęsy, co to jest: słomiany zapał, przelotna miłość w polityce. Swiat nie zmienia tak łatwo swoich sympatii i uprzedzeń.

    Lech Wałęsa nadal jest - w oczach Niemców - dla Polaków kimś, kogo obdarza się mianem Hoffnungsträger . Można to przetłumaczyć na polski dosłownie jako nosiciel nadziei, bądź też bardziej literacko: mąż opatrznościowy. Będą jednak i tacy w Polsce, którzy machną ręką, burknę: "nadziejarz".

    Nadziei nie potrzeba tam, gdzie życie postrzegane jest jako realizacja planów i za cnotę uważa się akceptację nieszczęścia.

    Taką mieszankę radosnego optymizmu ze stoicyzmem przepisywał Henryk Elzenberg czytelnikowi w swoim dzienniku filozoficznym pod datą 6 II 1944.   Nowa polska lewica więcej cytuje, niż czyta Elzenberga, należy więc przypuszczać, że miałaby niejaki kłopot z egzegezą zapisanego tam zdania: Jeżeli nadzieja zawiedzie, przerzuca się ją w przyszłość dalszą i dalszą: w końcu czasów będzie Sąd jak się patrzy, a wtedy te łajdaki zobaczą! Od jednego tylko każdy się odżegnuje: od przebudowania własnych swych podstaw, by nieszczęście go nie mogło się imać.

    No więc jak? Czy nie niesie w sobie pierwiastka nieszczęścia głoszenie tego rodzaju prometejskich tez? Nieszczęścia, które jest także źródłem tej tak niechcianej nadziei. I czy nie trzeba jej choć odrobinę mieć, zapisując powyższe słowa dla nieszczęśliwej potomności?

    ...

    Na Kremlu Andriej Sacharow nie wywołuje już konsternacji delegatów wnoszeniem pod obrady moralnych aspektów.  życie idzie dalej, bez niego. Sowiecka Ojczyzna zbudowana jest dialektycznie: z nieszczęścia i nadziei; syntezą jest coraz bardziej bolesna świadomość upływu czasu.

    Stefan Kosiewski

    Frankfurt nad Menem, 20 maja 1990

     

    http://lad.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?38688 21:48, reakcja , Lech WAŁĘSA
    Link Skomentuj »               http://25lat.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?68842
    View Post (0) Comments 
  • http://sowa.blogsource.com/post.mhtml?post_id=357234
  • Wstęp roboczy do wznowionego drukiem książki z mojego tworzenia ,,Droga Nadziei" Rachunek nadziei

     

     "Drogę nadziei" w jej pierwszym wydaniu zakończyłem na wydarzeniu pamiętnym
    i bolesnym. Żegnaliśmy wówczas ks. Jerzego Popiełuszkę. Jak pisałem wtedy - "na wieść o niej naród polski zastygł w bólu, stawiając jednocześnie pytanie: co jeszcze może się wydarzyć" Powiedziałem wtedy z wiarą: "Solidarność zwycięży, bo Ty oddałeś za nią życie". Od tamtego czasu wydarzyło się tak wiele, ale najważniejsze, że ta ofiara przyniosła prawdziwe owoce, którymi możemy się cieszyć od ponad szesnastu lat. Solidarność zwyciężyła.

     Siadam dziś do spojrzenia na nowo na tę historię mojego życia w rok po innym ważnym i bolesnym wydarzeniu. Drugiego kwietnia roku Pańskiego 2005 odszedł do domu Ojca nasz Jan Paweł II. Wiem jedno - mówiłem sobie wtedy w duchu - miłość zwycięży, bo Ty poświęciłeś jej całe życie.

     Wydarzenia te łączy wiele - odejście bliskich nam i wielkich Polaków, łączy uczucie solidarności i jedności, towarzyszące nam w takich chwilach. Różni - klimat czasu, a może wręcz epoki, różnią powody i okoliczności. To dwa wydarzenia, tak wiele mówiące o nas, o naszym świecie. Męczeńska śmierć ks. Jerzego z ręki oprawców, upokorzenie. Nasze przygnębienie i niepewność i nadzieja . Ta sama nadzieja milionów ludzi na całym świecie 21 lat później, nadzieja na jeszcze choćby kilka chwil życia naszego Papieża. I odejście - nie w samotności, ale w otoczeniu świata, w aurze świętości. I tym razem pojawiające się w chwili zadumy i smutku pytanie: gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy, jak sobie poradzimy bez przewodnika? Przecież przez całą drogę ku wolności i po jej odzyskaniu nam towarzyszył i podtrzymywał  w nas mądrą nadzieję.

    W czasach komunizmu żyliśmy właśnie nadzieją. Nawet w chwilach najtrudniejszych  ona nie gasła.  Szliśmy krętą i wyboistą drogą nadziei ku wolności. Wolność nastała.  upadł komunizm. A co się stało z nadzieją? Już nam nie jest potrzebna? A może wszelkie nadzieje zostały zupełnie zawiedzione? Wierzę, że nie. Po owocach ich poznacie - jest napisane. Nasza nadzieja przyniosła owoce, dobre owoce i innym Narodom . Nie zabrakło też i błędów. Nie mamy dziś jeszcze wystarczającego dystansu historycznego, aby oceniać tę drogę do wolności i po jej osiągnięcia . Nie mam natury historyka, dlatego częściej myślę o tym, co będzie niż - co było. Historia to jednak nauczycielka życia.  Namówiono mnie, bym trochę się postarał i przypomniał sobie tamten czas dla potomnych, bo przecież to nie tylko moja historia życia, ale i dzieje narodu. Historykom zostawiam więc pracę nad zgłębianiem przyczyn i ustalaniem dokładnej chronologii zdarzeń, a samemu chcę spojrzeć na nasze narodowe doświadczenia XX wieku z pewnej perspektywy - tej społecznej  tej osobistej i trochę tej strategicznej-bo widać już pewne prawidłowości i punkty zwrotne. Mogą one dawać początek rozważaniom nad tym, co wydarzyło się naszemu pokoleniu. Tylko tak można spisać katalog szans -tych wykorzystanych i niewykorzystanych, zrobić rachunek sumienia, żeby podążać dalej już w nowych warunkach drogą nadziei. Spróbuję więc w wielkim skrócie przedstawić moją uproszczoną wersję tego, jak toczyła się historia zmagań, jak doszło do tych zwycięstw, żeby pokazać szerszy kontekst i moją logikę postępowania wynikającą z doświadczeń własnych i narodu.

     Wstęp roboczy do wznowionego drukiem książki z mojego tworzenia ,,Droga Nadziei?

                                        Rachunek nadziei

     

      00:57, reakcja , Lech WAŁĘSA
    Link Skomentuj »

    Po drugiej wojnie światowej, kolejny raz zdradzono nas przypisując do sowieckiej strefy wpływów, bez żadnej konsultacji i akceptacji. Decyzja ta była podważana w latach 40
    i 50, nawet z użyciem broni, a wewnętrzni utrwalacze tych decyzji wraz z bratnią pomocą zewnętrzną,  przewalczyli te dążenia, przypinając różne etykiety pokonanym, nazywając ich karłami  reakcji.  Pierwsze zmiana w sztafecie do wolności to powstanie antykomunistyczne w Poznaniu w 1956 roku zostało krwawo stłumione. Druga zmiana w sztafecie do wolności  to lata 60. strajkami i demonstracjami na ulicach polskich miast.  Detonacje uruchamiała młodzież  w 1968 r , Trzecia zmiana  , w 1970 czy 1976 - zakłady pracy. .Czwarta zmiana do wolności  to rok 1980 poprzez 1989 i 1990 do całkowicie wolnych wyborów  Prezydenckich.. Wszystkie  dążenia do wolności do 1989r były w zarodku siłowo rozbijane i tłumione, nawet przy użyciu broni. Przegrane bitwy i komunistyczna siłowa propaganda udowadniała, że nie ma szans w najbliższym czasie na wyswobodzenie się z uścisku sowieckiego. Pokazywano wtedy też argumenty wspomagające, jak obecność w Polsce na stale ponad  200 tysięcy żołnierzy radzieckich, przy rozlokowaniu wokół Polski ponad miliona żołnierzy sowieckich z rozmieszczoną w strategicznych punktach bronią masowego przyjacielskiego rażenia. W tych warunkach nastąpiło chwilowe - z rozsądku - przeniesienie wiary w zwycięstwo na inne sprzyjające czasy. Stronie zachodniej też nie odpowiadał komunizm, ale nie była w stanie przewidzieć końca i bała się możliwych kosztów tej przyjemności. Koniec lat 70. to więc okres zastoju w dążeniach do wolności w Polsce,  Europie i na świecie. Walka co najwyżej toczyła się o poprawę bytu. W tym stanie niemocy, klinczu, apatii, braku większej nadziei zbliżaliśmy się do końca drugiej tysiąclatki chrześcijaństwa. Wówczas zdarzyła się rzecz nieprzewidziana i nie doceniona  w ludzkich kalkulacjach. Polak został papieżem. Po około roku od wyboru przyjechał do Ojczyzny. Cały świat przyglądał się z niedowierzaniem temu, co się dzieje w komunistycznym państwie. Miliony ludzi brało czynny udział w spotkaniach z Ojcem świętym. Papież nie kazał nam jednak robić rewolucji, nie namawiał do przewrotu.  Był jednak tak sugestywny, że naród Polski i inne z niewolone Narody obudził .
    Poczuliśmy siłę i moc, jaką daje uczestnictwo w zbiorowości zjednoczonej wokół tych samych pragnień i nadziei.

      Jan Paweł II wypowiedział wówczas dwa zdania, które miały nieprawdopodobne znaczenie dla nas i dla biegu historii: "nie lękajcie się", bośmy byli rzeczywiście wtedy zastraszeni skuteczną metodą rozbijania więzi  , oraz "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi", bo nadprzyrodzonej siły i mądrości solidarnej potrzebowaliśmy. Przestaliśmy się lękać w zjednoczonym tłumie  i dlatego stworzyliśmy dziesięciomilionowy związek zawodowy - "Solidarność" niejako z marszu po spotkaniu z Ojcem Świętym  . Był to pierwszy w naszej historii ruch społeczny, gromadzący pod jednym sztandarem starych i młodych, robotników i intelektualistów, studentów . Ojciec święty dał trafne słowo a szczątkowe organizacje w ciało to zamieniły i odmieniliśmy  nasze oblicza  w sposobie marszu do wolności , a później oblicze naszej ziemi. Dotąd prawdziwą siłą komunizmu była słabość społeczeństwa, jego zatomizowanie, rozdrobnienie. Obok militarnej siły - policji, wojska i czołgów, to właśnie zastraszenie, słabość i rozdrobnienie społeczeństwa była głównym filarem komunistycznej władzy. W latach 80 ten filar w Polsce runął wiedzieliśmy już jak zwyciężać mamy .

     Komunizm, wprawdzie osłabiony w tedy , ale chciał trwać na swoich pozycjach. Nie mógł upaść tylko od słów i trzeba było ponad 10 lat morderczych zmagań. Bardzo wielu po nasze stronie w tym czasie w różnych miejscach zwątpiło, namawiając do zaprzestania walki i poszukania pomysłu na zwycięstwo w innym nowym zorganizowaniu. Jednak obudzony naród, mimo mijającego czasu i utraty sił, trwał w tym Solidarnościowym pomyśle  w sposób daleko zdyscyplinowany ? o co nie było łatwo wobec pokusy szybkiej rewolucji i radykalnych ruchów - poprowadzić drogą ewolucji, czy jak chcą niektórzy, rewolucji samoograniczającej się, poprzez protesty, strajki i negocjacje ku wolności.

     Znana jest prawidłowość, że łańcuch pęka w swoim najsłabszym ogniwie. Tym ogniwem w zbrodniczej konstelacji państw komunistycznych była Polska. Ogniwo to pękło częściowo 4 czerwca 1989 roku dobite całkowicie wolnymi wyborami Prezydenckimi kończącymi wzmaganie o Wolność o uzyskanie w pełni wolnych możliwości . Pierwsze, mimo że nie w pełni demokratyczne wybory do parlamentu sprzed 17 lat były wydarzeniem, które trzeba wpisywać w cały ciąg wypadków na naszej drodze nadziei do wolności. Drodze trudnej, ale uwieńczonej zwycięstwem, zapoczątkowanej w pamiętnym Sierpniu 1980r, Komuniści ciągle dysponowali ogromną siłą, której już wcześniej nie wahali się użyć. W takich warunkach musieliśmy prowadzić z władza komunistyczną grę . But robotniczy był po Sierpniu już na tyle mocno osadzony między drzwi do wolności, że wiedzieliśmy, dokąd zmierzamy. Nie można było ich zbyt szybko otworzyć, żeby nie drażnić niedźwiedzia, ale jednocześnie nie można było ani na milimetr dać się wypchnąć. Niedźwiedź nie poradził sobie sam ze sobą - Związek Radziecki rozpadł się później na skutek przedewszystkim tych właśnie wydarzeń w naszym kraju, a nie odwrotnie. Niektórzy głoszą, że procesy zmian u nas miały taki kształt, bo ojczyzna światowego proletariatu się rozpadła. Nie należy mylić skutków i przyczyn. Wybór i działania Michaiła Gorbaczowa  były próbami remontowania komunizmu, a nie jego rozmontowania. Jego sukces , pozytywna rola , jest tylko w tym że właściwie nic mu się nie udało , poniósł całkowitą klęski we wszystkich zamiarach i dążeniach , Gdyby cokolwiek mu się udało w obronie komunizmu to by na pewno bardziej  skomplikowało drogę do uwolnienia się . Pokazanie rzeczywistego biegu wydarzeń w odniesieniu do własnych doświadczeń i źródeł było też przyczynkiem napisania ?Drogi nadziei?.

    00:54, reakcja , Lech WAŁĘSA
    Link Skomentuj »

     Książka, którą dziś oddajemy z niezmienioną warstwą treściową, miała być w zamyśle obrazem tamtych czasów

    Książka, którą dziś oddajemy z niezmienioną warstwą treściową, miała być w zamyśle obrazem tamtych czasów, a obecnie może stać się także argumentem w powracającej co jakiś czas  dyskusji o wielu ? również moich ? wyborach i decyzjach na drodze do wolności. Kiedy dziś ktoś próbuje w niecny sposób, bez kontekstu tamtych dni, pogrywać historią, dochodzę do wniosku, że prawdę historyczna trzeba podnosić wyraźniej, że trzeba sięgać do faktów i je głośno przywoływać. Niech więc i temu służy to moje ówczesne, spisane na tych kartach, spojrzenie na przebytą drogę życia i walki, nabierając jednocześnie dodatkowych znaczeń w kontekście dzisiejszych interpretacji, a może raczej nadinterpretacji i nadużyć. Bez zrozumienia pewnych mechanizmów walki z totalitarnym system i klimatu tamtego czasu trudno rzetelnie budować dzisiejszą rzeczywistość wolnej Polski.Próbując po latach przywołać atmosferę zmagań z systemem, pokazać mój sposób myślenia o walce i dążenie do celu sięgnąłem właśnie do "Drogi nadziei", gdzie w jednym z fragmentów dość celnie, jak sądzę, ująłem klimat tamtej gry i sens moich działań. Było w nim przywołane zdarzenie, które wtedy określiłem moim ?manewrem grudniowym?, kiedy to zamiast samemu pójść w rocznicę grudnia pod Pomnik Poległych Stoczniowców, poprosiłem żonę, by mnie zastąpiła i złożyła kwiaty. Ja byłem łatwiejszym celem i moja obecność skończyłaby się kolejnym aresztowaniem, ale bez większego echa, a ja chciałem zrobić krok dalej. I rzeczywiście pojawienie się Danuty było wymowne, bo była świeżo po sukcesie z Oslo. Wcześniej rozpowszechniłem przemówienie grudniowe, w którym jak zwykle podsumowałem nasze osiągnięcia i naszkicowałem plany na przyszłość. Zarzucano mi wtedy, że się umawiałem, że miałem być przy pomniku, a nie przyszedłem. Wiedziałem, że nic by to nie dało, a żony, trudniej było  zaatakować. Nawet, jeśli by się tak stało ? dziś rozumiem, jak mocno wystawiałem na ryzyko bliską osobę ? protesty byłyby zdecydowanie silniejsze i niezręczność po stronie aparatu większa. Mówiłem wtedy do ludzi, do kolegów na wielu spotkaniach: ?żeby cokolwiek wykonać, trzeba czasami zamaskować rzeczy (?) Ja mam wykonać zadanie i prowadzić do zwycięstwa. Ale nie o wszystkim będę mówił i nie zawsze robił tak, jak jakaś grupa by chciała. Nie mogę w imię mojej odpowiedzialności. (?) To nie zarozumialstwo  Musiałem więc toczyć taką grę z władzą. Na tej drodze było więcej takich potyczek na spryt i zaskoczenie, które bywają odczytywane przez niektórych jako dogadywanie się czy wręcz układanie z władzą. Ci sami interpretatorzy nie chcą jednak pamiętać, jakie to perfidne metody władza stosowała w tej walce. Pamiętam takie zdarzenie, kiedyś w czasie strajku  kierownictwo stoczni ogłosiło w dzień wypłaty, że pieniądze zaliczkowo otrzymają tylko nie strajkujący . W ludziach się zagotowało. Jeszcze chwila, a byłby lincz, i to nie na władzach zakładu, ale na nas, na komitecie strajkowym. Brakowało już ludziom sił i środków. Rodziny były w potrzebie. Widząc perfidne przemyślane , niebezpieczne uderzenie władz i miedzy innymi takimi działaniami łamaną nadzieję na możliwy sukces , w reakcji  błyskawicznie, ogłosiłem, że Komitet Strajkowy w trybie natychmiastowym wypłaca wszystkim strajkującym dwa razy więcej,  niech ustawiają się w kolejce. Zorganizowaliśmy  pieniądze i błyskawiczne wypłaty szybciej od przeciwników . Gdybym się spóźnił minimalnie z taką decyzją strajk byłby zagrożony , rozróba pewna a użycie przygotowanych na ten cel sił porządkowych nieuniknione . Taka sytuacja i podobne prowokacje powtórzyła się  .Nie było czasu na liczenie możliwości płatniczych , konsultacje demokratyczne . Taka to była rzeczywistość i moja  gra, której strzępy, częstokroć wyrwane z kontekstu na moją niekorzyść, trafiają dziś z różnych inspiracji do opinii publicznej przy kompletnym braku zrozumienia dla jej istoty. Autorów tych inspiracji najczęściej nie było w pierwszej linii walki. Dziś są odważniejsi. Nie rozumieją, że szybkie działanie, nawet wbrew wszystkim, błyskawiczne kontry na przemyślane zagrywki władz to była jedyna metoda osiągania kolejnych przyczółków wolności, a czasem ratowania naszej sytuacji. To był jedyny sposób, choć mało wdzięczny, żeby uruchomić i poprowadzić pokojowymi drogami odpowiednie siły społeczne, by usunąć narzucone zdradą, podstępem i przemocą, rozwiązania po II wojnie światowej.  Efekt naszej Solidarnościowej walki jest tak wielkim sukcesem, że nie mieści się w wielu, nawet inteligentnych - wydawałoby się - głowach, powodując, budowanie bzdurnych teorii o zdradzie, o manipulacji. Po raz kolejny, podobnie, jak to uczyniłem przed Parlamentem wolnej III Rzeczpospolitej w 25. rocznicę powstania Solidarności, wobec Boga, wszystkich świętości i całego świata oświadczam, że żadna manipulacja czy zdrada nie miała miejsca. Nikt, a więc ani SB, KGB, CIA czy MOSAD ani żadna inna siła nie została dopuszczona do decyzji po naszej wolnościowej, a potem solidarnościowej stronie na drodze do wolności, tam, gdzie ja bywałem, do momentu przekazania decyzji demokracji w 1989 roku. Potem demokracja sama układała historię. Nasza rewolucja, ta której miałem przywilej przewodzić, rewolucja ?Solidarności", wygrała i została oddana demokracji. Musieliśmy dać każdemu obywatelowi jakiś odcinek rzeczywistości do decydowania: w sferze decyzji politycznych, w sferze własności. To niosło odpowiedzialność, to też przyniosło zagubienie i poczucie bezradności. Strach zajrzał ludziom w oczy. To był ten koszt zmian. Także zmiany myślenia. Pamiętam, jak przy bramie stoczni mówiłem: Wy się cieszycie, a ja się boję ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić. Ci, którzy przynieśli mnie na ramionach, mogą  rzucać we mnie kamieniami. I rzeczywiście, trudy życia w III Rzeczpospolitej Polacy zaczęli wiedzieć jako efekty działań ,,Solidarności? i Lecha Wałęsy. I wcale nie można się dziwić tym, którzy odwrócili się od Sztandaru Solidarności, gromadzącego niegdyś 10 milionów Polaków. Rozumiem Polaków, naszemu pokoleniu przytrafiło się tak wiele. Grzechy i winy mają jednak na szczęście to do siebie, że można je naprawiać, a nawet zadośćuczynić.   

    Tak widzę naszą najnowszą historię w wielkim skrócie. Tak widzę naszą drogę nadziei, którą musimy nadal podążać. Od kilkunastu lat zapisujemy jej dalszy już demokratyczny ciąg. Nie ustrzegliśmy się błędów i zaniechań. Cóż, na polskiej trudnej drodze ostatnich lat grzechy były pewnie nieuniknione. Inna rzecz, że choć ich nie brakuje, to i tak więcej nam się dobrego przytrafiło. Niech grzechy nie przesłaniają nam sukcesów.  Stary system wypaczał charaktery, demoralizował, wprowadzał podziały, nawet wśród najbliższych. A jednak znaleźliśmy w sobie siłę, by upomnieć się o godność i prawo do wolności. Na tym polegała walka ,,Solidarności? o normalne życie. To, co niemożliwe stało się realne. Otworzyła się droga do wolności. Nadzieja na lepsze czasy. Na życie w dostatku i spokoju.  Doszliśmy tą drogą daleko, popełniliśmy wiele błędów, ale wierzę, że z tej drogi nie zeszliśmy, bo nie ma nic gorszego, jak brak marzeń, jak brak nadziei. Dajmy więc ją, tym, którzy jej nie mają. Dajmy im uwierzyć w siebie i Polskę. Musimy, każdy z nas z osobna i cały naród, odnaleźć się w nowym globalnym świecie, a to wymaga wielkiego wysiłku i nadziei dobrego jutra. Dajmy ją młodym ludziom, którzy wyjeżdżają ze swojej Ojczyzny za chlebem. To prawdziwy nasz wewnętrzny dramat, bo przecież walczyliśmy o wolność, o wolność poruszania się, a  teraz nie możemy ich zatrzymać. Nie możemy i nie potrafimy dać im nadziei. Zapytał mnie kiedyś młody zdolny chłopak, który dostał propozycję dobrej pracy za oceanem, co ma zrobić?  Zastanawiał się, czy wyjechać, nie chciał opuszczać Polski. Nie wiedziałem, co mu doradzić. Pomyślałem, taki zdolny, niech tu pracuje i buduje potencjał Polski. Ale za chwilę przyszła myśl, że może tam więcej zyska, może zarobi trochę pieniędzy i wróci do Polski, tu wprowadzi dobre rozwiązania, tu zainwestuje. Może to jest szansa i kto potrafi, niech ją wykorzystuje. Ważne, żeby dać tym młodym poczucie, że mają do kogo i do czego wracać, że są tu oczekiwani. Dajmy im nadzieję. Bo w nadziei wszystko się zaczyna. W niej miał początek zryw wolnościowy naszego narodu. W niej zaczęła się nasza przemiana, z nią hartowaliśmy ducha, z nią zwyciężyliśmy. Nie traćmy jej dzisiaj, róbmy wszystko, aby mieli ją nasi sąsiedzi, dzieci i wnuki. Chcę dalej podążać drogą nadziei i zapraszam na nią wszystkich zatroskanych, zawiedzionych, ale też zadowolonych i szczęśliwych. Będzie mnie można na niej spotkać, dopóki sił starczy i nadzieja moja własna nie ustanie.

    Lech Wałęsa 

    Dnia 30-06-2006 o godz. 2:22 Opozycja Pozaparlamentarna napisał(a):

       Jeden tylko Lech Wałęsa 30 czerwca o godzinie dziesiątej spotyka się z Ambasadorem Palestyny w Polsce.  Ale czy Wałęsa to polityk? Tak sobie ułożył ten Wałęsa program dnia, że o godzinie dziewiątej zje  śniadanie w Instytucie Lecha Wałęsy, a o 12 obiad. A gdzie ten Ambasador będzie jadł?  A kiedy wreszcie Lech Wałęsa przestanie wyzywać od "Dezerterów" swoich kolegów z Solidarności, którzy musieli zabierać manatki nie przymierzając jak jaki arab? A nie powinni byli wyjechać z Polski - jak słusznie Lech Wałęsa zauważa.  
    http://25lat.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?211034 00:49, reakcja , Lech WAŁĘSA
    Link Skomentuj » http://25lat.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?68842 http://25lat.blox.pl
    View Post (0) Comments

    http://sowa.blogsource.com/post.mhtml?post_id=356912

    http://sowa.blogsource.com/?tag_text=politics

    http://sowa.blogsource.com 

  • [Kommentare (0) | Permalink]


    Kostenloses Blog bei Beeplog.de

    Die auf Weblogs sichtbaren Daten und Inhalte stammen von
    Privatpersonen. Beepworld ist hierfür nicht verantwortlich.