Florian Fels nowym Prezesem Axel Springer Polska

Wiesław Podkański Honorowym Prezesem Axel Springer Polska,
Z dniem 1 stycznia 2006 r. pan Wiesław Podkański, Prezes Zarządu Axel Springer Polska, obejmie funkcję Honorowego Prezesa wydawnictwa. Wiesław Podkański jest Prezesem Axel Springer Polska od 1994 r., to jest od początku istnienia wydawnictwa w Polsce. Pod jego kierownictwem Springer wprowadził na rynek kilkadziesiąt magazynów i stał się drugim największym wydawnictwem w segmencie czasopism. Od 2003 r. Axel Springer Polska wydaje również dziennik FAKT, będący największą gazetą w Polsce. Prezes Podkański w znacznym stopniu przyczynił się do wyjątkowego sukcesu Axel Springer Polsce. Cieszę się, że pan Podkański pozostanie we władzach spółki i będzie dalej pracował dla wydawnictwa. W panu Felsie znaleźliśmy następcę, który będzie kontunyował dynamiczny rozwój wydawnictwa. – powiedział Andreas Wiele, Członek Zarządu koncernu Axel Springer AG.
Na stanowisko Prezesa Zarządu wydawnictwa zostanie powołany Florian Fels jest od 1993 r. związany z Axel Springer AG, zaś od 1999 r. – z Axel Springer Polska w randze Dyrektora Generalnego. Od 2001 r. jest Członkiem Zarządu wydawnictwa.
Informacji udziela Michał Fijoł Rzecznik Prasowy Zarządu Axel Springer Polska e-mail: michal.fijol@axelspringer.pl tel. +48 22 608 41 75, +48 608 33 05 33 ---- Original Message ----- From: Eliza Kosieradzka Sent: Thursday, December 15, 2005 10:59 AM
W dalszym ciągu będzie - jako prokurent - reprezentował Axel Springer Polska w organizacjach branżowych, w tym w Izbie Wydawców Prasy, a także doradzał w kwestiach strategicznych Zarządowi Spółki.
pan Florian Fels, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu, od 2004 r. odpowiedzialny za całą działalność operacyjną wydawnictwa.
Mittwoch, 14. Dezember 2005
Grzechu cudzego nie bronic: CIA w Kiejkutach
Tu, na Mazurach, w centrum szkoleniowym polskiego wywiadu w Starych Kiejkutach przetrzymywani byli więźniowie podejrzani przez CIA o przynależność do Al Quaidy - poinformował Financial Times Deutschland zapowiadając artykuł, który ukaże się w czwartkowym wydaniu magazynu "Stern". Wysoki rangą oficer polskiego wywiadu ujawnia w nim, że Amerykanie wykorzystywali bazę w Kiejkutach od pięciu, lub sześciu lat. Wielokrotnie żyli tu po kilka miesięcy w roku.
Wewnętrzna, ściśle chroniona strefa o wymiarach 100 na 50 metrów, odgrodzona była drutem kolczastym i wysokim na 3 metry murem od reszty terenu bazy, długiego na trzy i pół a szerokiego na półtora kilometra. Zarówno organizacja praw człowieka Human Rights Watch jak i polskie media wskazywały na tę bazę jako możliwe miejsce tajnego więzienia CIA. Miejscowość ta odległa jest 20 km od byłego lotniska wojskowego w Szymanach, na którym od 2002 roku wielokrotnie lądowały samoloty na zlecenie CIA.
Polski rząd zamierza, według autorów artykułu, jeszcze w tym tygodniu zakończyć badanie sprawy.
Nie może być wszak inaczej: w państwie demokratycznym obywatele mają prawo dostępu do informacji publicznej oraz kontroli poczynań osób, które nimi rządzą.
Próby ukrywania haniebnych działań i czynów - a do takich niewątpliwie należała zamiana skrawka polskiej ziemi na bazę Guantanamo - są bezprawne i niegodziwe. Prawda wcześniej, czy później jak wiadomo wypływa na Mazurach na wierzch, a pod czarnym kapeluszem odsłania się smutek rabina, który jawi się jako zwykły rab boży.
Prezydent USA przyznaje, że wyruszył na wojnę przeciwko Irakowi kierowany fałszywymi doniesieniami tajnych służb, które teraz musi reformować. Niereformowalni politycy w Polsce, obłudni jak komuna, mówią zaś publicznie, że dobrze jest kłamać, bo prawda może ściągnąć na nas większe zło.
W naturze Polaków nie leży kłamstwo, dlatego trudno nam zrozumieć taką logikę. Akceptacji dla nagannych zachowań w polityce nie ma i nigdy nie będzie.
Polityka nie jest i nie musi być wcale brudna i na usługach zła. Polityka jest służbą publiczną wykonywaną w interesie państwa i na rzecz człowieka. Dla obywateli, których godność wymaga takiego samego szacunku jak własność oraz inne ich dobra.
Stefan Kosiewski, Frankfurt nad Menem 14.12.2005
press international emPIK society
http://www.goldenline.pl/forum/exclusiv/192566
Były wicepremier Roman Giertych chce ukarania winnych złamania prawa.
Były przewodniczący LPR Roman Giertych, fot.PAP/Paweł Kula
PAP
- Moje pismo do Donalda Tuska zainicjowało z kolei jego pismo do prokuratury, gdzie poinformowałem, że komisja złożyła w tej sprawie wcześniej zawiadomienie i wtedy prokuratura wszczęła śledztwo – relacjonował Giertych. – Chciałbym, by obywatele wiedzieli, jak było – dodał, podkreślając, że tę sprawę szybko wyjaśnić do końca.
- Niedługo okaże się, że Polska to jedyny kraj, który coś kryje w sprawie więzień CIA – powiedział były szef LPR. – Trzeba ukarać tych, którzy dopuścił ido złamania prawa - dodał.
Dzisiaj prezydent USA Barack Obama oświadczył, że rozważa udzielenie swego poparcia dla śledztwa w sprawie tortur, których mieli się dopuszczać agenci CIA.
http://wiadomosci.onet.pl/1956374,11,dostalem_pismo_od_tuska_bym_uwazal,item.html
Jany WALUSZKO: Lawrence Goodwyn - Solidarnosc; - jak to bylo?

Lawrence Goodwyn w tytule swojej pracy pyta Polaków – jak to zrobiliście? Chodzi mu o rewolucję "Solidarności" 1980 roku, która w jego oczach jest największym w historii eksperymentem demokratycznym, a jednocześnie owocem 35 lat aktywności ruchu robotniczego w Polsce. Goodwyn wyraźnie podkreśla, iż było to zjawisko samorodne, bez jakichkolwiek zewnętrznych inspiracji, o czym dziś wielu z działaczy tamtego okresu nie chce pamiętać, a czego ogół po prostu nie wie. Oficjalna bajka brzmi tak, że robotnicy zrobili strajki zakończone powstaniem "Solidarności" pod wpływem agitacji Komitetu Obrony Robotników i innych grup opozycji czy wiadomości o protestach z innych części kraju rozpowszechnianych przez Radio Wolna Europa, a w wersji kościelnej pod wpływem wyboru papieża Polaka i jego pielgrzymki do kraju. Goodwyn stawia jednak proste pytanie, czemu nie oddziałało to w innych częściach kraju, szczególnie tam, gdzie sięgały wpływy KOR (jak Radom, Ursus, Warszawa) czy miała miejsce wizyta papieża, ale na Wybrzeżu (szczególnie w Gdańsku) i odpowiada, że nikt serio tego nie badał, więc tradycyjna odpowiedź jest bądź nieporozumieniem, bądź manipulacją. Z badań Goodwyna wynika, że Sierpień 1980 i takie jego elementy, jak strajk okupacyjny, międzyzakładowy komitet strajkowy i żądanie wolnych związków zawodowych, to owoc doświadczeń 35 lat walki robotników z systemem komunistycznym. Nikt im tego nie mógł podpowiedzieć – wręcz przeciwnie – tak KOR itp., jak i kościół robiły wszystko, by strajk poddać a przynajmniej ograniczyć radykalizm jego żądań (dowodem są cytaty z wypowiedzi prymasa Wyszyńskiego, czy Jacka Kuronia, który jeszcze długo potem mówił, że myślał, iż to niemożliwe i nadal tak myśli). Jak było naprawdę?
Goodwyn dzieli sytuacje na normalne i rewolucyjne – normalnie elita rządzi, a masy słuchają, nawet ci, co chcą przepchać się do elity, i nawet wówczas, kiedy większość norm mają w duszy, bo z tego nic nie wynika. Goodwyn tu nieco miesza, bo za świadomość ma tylko jej formę czynną czyli – po mojemu – wolę, tak jakby ktoś bierny nie mógł znać prawdy – to fakt, iż czynny udział w życiu daje lepszą orientację niż jego obserwacja, pomijająca na ogół czynnik ludzki i wierząca, że świat się dzieje sam, na bazie jakichś praw czy (w ostateczności) mocą sprawczą instytucji, lecz przegina z rolą organizacji. Dobry przykład to jego główna teza – KOR (a raczej WZZ, nie o to tu jednak idzie) można uznać za krok ku "Solidarności", ale była to odpowiedź na wydarzenia w Ursusie i Radomiu, ich samych zaś nikt nie przygotował, choć oczywiście ktoś musiał to robić. Była to spontaniczna reakcja na podwyżki cen żywności. Powtórką tego był poniekąd rok 1980, z tą różnicą, że o ile pierwsze strajki były spontaniczne i minęły bez większego echa, bo Gierek w tym wypadku nie tylko nie strzelał (różni go to od reszty kacyków, a miał okazję 3 razy, w 71, 76 i 80), ale i nie bił, o tyle dopiero strajk gdański w wyniku trafienia na grunt zorganizowany stał się czymś więcej niż protesty dawniejsze (od Poznania 1956 do lipca 1980). Idzie zatem nie o bunt czy rewolucję w ogóle, a raczej o ich przypadki udane. Nonkonformiści swym działaniem zmieniają świat, lecz bez koniunktury niewiele zdziałają – z drugiej strony koniunkturę ktoś musi wykorzystać, bo nic samo się nie dzieje. Liczy się dopiero zbieg obu wymiarów (możliwości i działania). Dla nonkonformizmu można stwarzać warunki (Abramowski między bazą a nadbudową widzi sumienie, ale i baza na jego wybory wpływa, więc i ją się zmienia, by zmienić system i stworzyć warunki sprzyjające wyborowi wolności, wspólnoty itp., nie ich przeciwieństw).
Goodwyn ma rację pisząc, iż to nie intelektualiści uczyli robotników protestów (oni na nich żerowali, w 1905, 1976 czy 1980 aż po dziś). Czyn nie bierze się z idei a z życia – kto ich uczył? Oni sami ze swych doświadczeń, dlatego w Radomiu, Ursusie i Płocku w 1976 wyszli na ulice, ale w Gdańsku wtedy i w 1980 (dzięki doświadczeniu '70) woleli strajkować, czego próbowali już w drugiej fazie 1970 i w 1971. Władza też się uczy – skoro robotnicy nie wyszli na ulice – w '81 zaatakowała zakłady, a w '89 zakazała strajku solidarnościowego. Paradoksalnie pomógł jej błąd z '80 – ponoć KOR itp. uznały, iż robotnicy zwariowali, chcąc w 1 z 21 postulatów zgody na Wolne Związki Zawodowe, lecz komuna wierząc w swoją własną bajkę o inspirowaniu mas przez wrogie elementy nie dała im szansy, aby spróbowali ich od tego odwieść i... aresztowała ich; gdyby przyjechali robotnicy i tak nie pozwoliłby im na to, ale staliby się oni dla mas zdrajcami, a dzięki aresztowaniu mogli uchodzić wręcz za inspiratorów (!) Sierpnia '80 i przez wpływ na Wałęsę tak zmanipulować związek, że skończyło się to okrągłym stołem i zdradą Solidarności. Robotnicy, inaczej niż inteligencja, już w '70 rozumieli, iż socjalizm się zużył, nie wypaliły ani on, ani reformy w jego ramach, więc w '80 poszli w imidż narodowo-katolicki (sami z siebie czy ktoś im podpowiedział?). Własnego niestety nie odkryli, co też otworzyło drogę dla manipulacji, zastąpieniu formą treści w czasach drugiej "Solidarności". Goodwyn dostrzega brak formacji demokratycznych w świecie – komuna oskarżała kapitalizm o niesprawiedliwość społeczną i bezrobocie, on ją o łamanie praw człowieka i obywatela, ale oba systemy zwalczały demokrację pod pozorem, że służy drugiej ze stron czy anarchii. Żadna ze stron nie ma także interesu w uczciwym badaniu dziejów narodzin i rozwoju (dodałbym – i upadku) "Solidarności". Inteligencja niedoceniała ruchu robotniczego, wierząc, iż chodzi mu o kasę, a nie wolność i demokrację. Dziś, póki co, jest inaczej, robotnicy walczą o kasę na konsumpcję, co jest akceptacją systemu. Gdyby szło o demokrację w ekonomii, samorządną rzeczpospolitą – znów grałoby to zasadniczą rolę w walce z systemem. Za komuny już sama walka o kasę godziła w system, bo jego podstawą była produkcja nie konsumpcja, a przecież próbowano realizować to i przez przejęcie władzy w zakładach przez rady pracownicze. Inteligencja tego nie dostrzegała. W latach 40-tych nie wsparły walki w obronie samorządów partie opozycyjne wobec komuny, socjaliści i ludowcy, tymczasem po zduszeniu samorządności komuna bez trudu rozprawiła się z opozycją. Podobnie było i potem (bez ruchu robotniczego opozycja nic nie znaczyła, starczy porównać efekty protestów robotniczych w '56, '70 i '80, w wyniku czego upadały kolejne ekipy rządzące, z protestem inteligencji w '68, który przeszedł dla władzy bez echa).
Jak wyglądała robotnicza samoedukacja? Dla Goodwyna jej początek, po rozbiciu tradycyjnego ruchu związkowego po wojnie, to wydarzenia poznańskie, jednak, inaczej niż w klasycznym ujęciu, walki uliczne nie były początkiem, lecz raczej końcem tej fazy ruchu. Mało kto wie, że wydarzenia '56 to nie spontaniczny protest, a owoc długiej walki, jaką załoga zakładów Cegielskiego z Poznania toczyła z władzą (od kierowników wydziałów i dyrekcji zakładu po władze lokalne i centralne). Dopiero negocjacje w ministerstwie i złamanie słowa przez ministra zdecydowało o wyjściu na ulice, by zaprotestować przeciw polityce władz przy okazji międzynarodowych targów, na oczach świata. O ile załoga Cegielskiego zorganizowała się w ciągu miesięcy sporów, to inni uczestnicy protestu nie byli do niego przygotowani; część zakładów pracy miała kontakt z załogą Cegielskiego, dzięki czemu błyskawicznie przyłączyło się do pochodu, w centrum miasta jednak nikt nie umiał opanować tłumu, co doprowadziło do rozruchów i wejścia wojska do Poznania. Mimo stłumienia wystąpień robotniczych, napięcie w kraju utrzymywało się nadal, co partyjna opozycja wykorzystała do usunięcia ekipy rządzącej i zastąpienia jej Gomułką. Na fali walk wewnątrz partii reaktywowano i ideę samorządu, ale szybko okazało się, że komunizm nie lubi władzy rad – obok niechęci Gomułki (tego samego, co likwidował je w latach 40-tych) zdaniem Goodwyna zadecydowała o tym słabość załóg, ich brak doświadczeń i możliwości dzielenia się nimi z innymi zakładami. To na niszczeniu organizacji społeczeństwa i wymiany między różnymi grupami miała polegać cenzura, nie tylko kontroli mediów jak widziała to zainteresowana wolnością słowa inteligencja. W efekcie na ogół udało się bez oporu zmanipulować rady, a potem je zlikwidować. Potrzebny był inny pomysł, organizacja ludzi na skalę już nie zakładu a miasta czy całego kraju. Poznań był już na to za słaby, nowa jakość ruchu pojawiła się na Wybrzeżu.
Wedle Goodwyna o roli Wybrzeża zdecydował charakter pracy w portach – kontakty z robotnikami z innych krajów, co jest regułą w świecie (ruch robotniczy w portach ma o wiele radykalniejszy charakter niż w innych zakładach, co dotyczy i górników, ale ci nie są tak otwarci jak portowcy). Pierwsze protesty miały miejsce już w drugiej połowie lat 50-tych, gdy na Wybrzeżu doszło do antyradzieckich wystąpień, ale i strajków ekonomicznych, a nawet groźby akcji solidarnościowej stoczniowców w obronie rybaków, co starczyło, aby władze odstąpiły od represji za strajk. Do prawdziwego wybuchu doszło w Grudniu 1970, w reakcji na podwyżki cen żywności gdańscy stoczniowcy wyszli na ulice, podpalono komitet partii, rabowano sklepy, doszło do walk z milicją. I tu zaszło coś dziwnego, działacze partii w stoczni, nie chcąc dopuścić do ponownego wyjścia ludzi na miasto rzucili hasło strajku okupacyjnego. Była to mało już znana broń robotników polskich odkryta w latach 30-tych (wraz z polonią dotarła ona wówczas do USA, gdzie tą formę walki nazywa się strajkiem polskim). Paradoks na tym polega, że to, co miało ograniczyć ruch protestu stało się z czasem jego największą siłą. W Stoczni Gdańskiej robotnicy szybko przejęli władzę w utworzonym przez partię komitecie strajkowym, w Gdyni w ogóle nie wyszli na ulice, od razu rozpoczynając strajk, powołano tu także międzyzakładowy komitet strajkowy, choć było to nieco na wyrost – podobnie jak w Szczecinie opierał się on na sile paru zakładów, nie całego regionu. MKS rozpoczął układy z władzami lokalnymi, lecz władze centralne aresztowały obie strony, wzywając jednocześnie na przemian do pracy i pozostania w domach, co było najprawdopodobniej celową prowokacją – do idących do pracy zaczęto strzelać, doszło do rozruchów, podobnie jak w Szczecinie, choć tu szybko doprowadzono do układów między władzą i MKS, wojsko i milicja robotnicza wspólnie zaczęły patrolować miasto, a w efekcie sporów w samej partii Gomułkę zastąpił Gierek, który zrazu próbował zmanipulować robotników (słynne – pomożecie?), nie odwołano też podwyżki, ale kolejne akcje strajkowe w Gdańsku, Szczecinie i Łodzi (styczeń i luty) zmusiły go do ustępstw. Partia nie zgodziła się na wolne związki zawodowe, za to dokonano częściowo wolnych wyborów władz w oficjalnych związkach, dzięki czemu do ich kierownictwa weszli prawdziwi działacze niezależni.
Okazało się szybko, że podobnie jak w latach 40-tych i 50-tych, decydowanie przez robotników na dole niewiele znaczy wobec faktu, że lepiej zorganizowana partia może swoją wolę narzucić na poziomie centralnym, a tam, gdzie nie udawała się manipulacja stosowano represje (działaczy wyrzucano z pracy, zmuszano do emigracji, czasem nawet zabijano). Z drugiej strony w Gdańsku zaczął się tworzyć niezależny ruch robotniczy, między innymi w oparciu o obchody rocznicy masakry na Wybrzeżu w Grudniu '70. Po rozruchach w 1976, do których doszło w kilku miastach (znacznie liczniejsze były, o czym mało kto wie, strajki w całej Polsce) oraz represjach wobec robotników Radomia i Ursusa, opozycja inteligencka w Warszawie zorganizowała najpierw pomoc dla ofiar represji, a potem rzuciła hasło tworzenia WZZ, jednak brak efektów (w Radomiu zgłosił się tylko jeden człowiek) i obawa przed represjami wobec nielicznych działaczy sprawiły, że KOR wycofał się z tego, a nawet wystąpił przeciw komitetom założycielskim WZZ powstałym na Śląsku i w Gdańsku. KOR chciał dogadać się z reformatorami w partii, robotnikom proponując, aby dążyli do opanowania oficjalnych związków (nie mając ich doświadczeń, nie rozumiał, iż jest to ślepa uliczka, o czym robotnicy przekonali się już wiele razy). Tymczasem WZZ i gdańska opozycja wybrali inną drogę niż proponowana przez działaczy z Warszawy, tworząc własny związek (aż po jego jawne struktury), organizując wydawnictwa i akcje protestacyjne. Gdy w 1980 doszło do kolejnych strajków w odpowiedzi na kolejną próbę podwyżki cen, w odróżnieniu od reszty kraju byli oni przygotowani do walki o swoje postulaty znacznie wychodzące poza żądania płacowe. W innych ośrodkach (nawet kiedy strajk ogarniał całe miasto, jak w lipcu w Lublinie) starczyło dać trochę kasy, by strajk się skończył. W Gdańsku od razu zażądano obok podwyżki płac uczczenia ofiar '70 i legalizacji WZZ. Stocznia dostała swoje dość szybko i po 2 dniach chciano zakończyć strajk, ale na prośbę mniejszych zakładów podjęto wbrew nadziei władz strajk solidarnościowy, tworząc MKS, w którym już pierwszego dnia afiliowało się ponad 100 zakładów pracy z regionu gdańskiego. Dla Goodwyna ważnym momentem była odmowa negocjacji z władzami poza Stocznią oraz włączenie radiowęzła dla ich transmisji, aby cała załoga wiedziała, co jest grane. Pozwoliło to uniknąć manipulacji, budując wzajemne zaufanie strajkujących i dając poczucie siły. Inny element tej organizacji to sieć kurierów, których MKS wysyłał w Polskę. Gdy władze pod wpływem rosnącego zasięgu strajku (a więc uderzenia w punkt najczulszy dla władzy opartej o kontrolę produkcji) zdecydowały się na negocjacje z MKS, ten zażądał jako warunku wstępnego zaprzestania represji (zatrzymań i pobić) wobec kurierów i ponownego uruchomienia połączeń telefonicznych z resztą kraju, bowiem wiedziano, że tylko jawny obieg informacji może uniemożliwić władzy manipulację i rozbicie strajku przez brak zaufania i solidarności (momentem zabawnym jest fakt, że nieświadomy niczego Kuroń myślał, iż obrona osób wspierających strajk dotyczy jego i innych członków opozycji a nie kurierów, o których, jak zauważa Goodwyn, mało kto wie do dziś).
Jak wspomniałem, kościół i opozycja, nie mając żadnego pojęcia o poziomie samoorganizacji robotników i bojąc się powtórki masakry z '56 czy '70, wzywały strajkujących do ograniczenia protestu, a przynamniej rezygnacji z 1 z 21 postulatów, czyli zgody władz na legalizację WZZ. Z taką sugestią zjawili się wysłani do Stoczni ich przedstawiciele, Geremek i Mazowiecki. Szybko zauważyli jednak, że jest to niemożliwe, robotnicy czuli swoją siłę a z drugiej strony wiedzieli, że żadne inne obietnice władz nic nie znaczą, jak nie będzie miał kto pilnować ich realizacji, więc nie mogą z WZZ zrezygnować. Wałęsa zgodził się jednak przyjąć pomoc ze strony doradców, co potem miało okazać się dla związku poważnym problemem (będzie jeszcze o tym w dalszej części tekstu). Tymczasem rozwój strajku (w tym i kolejne MKS-y w Szczecinie i Elblągu) zmusił władze do ustępstw, doprowadzając do powstania "Solidarności", co jednak nie było końcem walki, bowiem władza nie miała zamiaru pogodzić się z istnieniem zorganizowanego, czyli istniejącego na serio społeczeństwa. Sposoby były dwa – sztucznie wywołane przez rząd trudności w zaopatrzeniu aż po granice głodu i utrudnienia działań niezależnych po ataki na działaczy związku z prowokacją bydgoską (III '81) na czele (szło o pobicie przywódców regionu, obecnych na spotkaniu z lokalnymi władzami). O ile na dole związku prowadziło to do radykalizacji (dążeń do objęcia kontroli nad produkcją przez oddanie zakładów pracy samorządom pracowniczym, jak w latach 40-tych i 50-tych, czy wręcz akcję bezpośrednią w postaci strajku czynnego), góra była skłonna do ugody i samo-ograniczania rewolucji, w dużym stopniu pod wpływem tzw. doradców. Owocowało to m.in. ciągłym odwoływaniem strajku generalnego (warto w tym miejscu zauważyć, że strajk generalny, podobnie jak idea solidarności oraz organizacja regionalna związku zamiast branżowej są elementami typowymi dla syndykalizmu). W tym momencie chcę zwrócić uwagę na niekonsekwencję Goodwyna, który z jednej strony docenia fakt, iż w 1980 to strajk był podstawą siły robotników, a z drugiej uważa, że gaszenie pożarów (= tłumienie lokalnych protestów) przez elitę "Solidarności" i opozycji było lekcją demokracji, zaś radykalizm szedł w złym kierunku, co w dużym stopniu wynika z fascynacji paru osobami z Wałęsą, Geremkiem i Mazowieckim na czele i widzenia "Solidarności" przez ich pryzmat (podobnie z postaciami negatywnymi, jak Kuroń będący uosobieniem złej inteligencji. Goodwyn nie lubi też Gwiazdy i jego zasad, ale to on miał rację, choć może nie jako realista polityczny, bo bez nich w "Solidarności" nie ma nic niezwykłego. Goodwyn kłamie wręcz, gdy mówi o wycofaniu się Gwiazdy z polityki, co realnie polegało na uwięzieniu go przez komunę, potem zaś przemilczaniu czy potępianiu oszołomów przez elity opozycji; mimo to był on aktywny nie do 13 XII '81, a do '93, co znam z autopsji). Sądzę, że to właśnie ugodowa postawa przywódców opozycji skłoniła rząd do ataku na społeczeństwo 13 grudnia 1981 (czasem mówi się o mniejszym źle, większym miała być rzekomo interwencja radziecka, ale wedle badań nic nie wskazuje na to, by ktoś w Moskwie gotów był do tego, a rzeczywistym większym złem w oczach władzy było zorganizowane społeczeństwo i to je wówczas likwidowano).
Pisząc o stanie wojennym, Goodwyn popada w daleko posuniętą abstrakcję, widząc jedynie rozgrywki personalne KOR z Wałęsą (osób, które w gruncie rzeczy niczym się w dążeniu do kontroli czy wręcz gaszenia aktywności społecznej nie różniły) oraz msze za ojczyznę i trwanie idei / oporu, za to pomija całkowicie walki uliczne, co wynika zapewne z jego niechęci do przemocy – choć biały, był uczestnikiem ruchu M.L. Kinga w USA. Niewiele też u Goodwyna można znaleźć o narastającym konflikcie elity opozycji, Wałęsy i doradców, z grupami radykalnymi, tak wewnątrz związku, jak i coraz częściej poza nim, bowiem taka "Solidarność" nie tworzyła możliwości samorealizacji coraz liczniejszym grupom, szczególnie młodym (zaowocowało to m.in. powstaniem grup anarchistycznych – i to znam z własnego w tym udziału, co podkreślam ze względu na wagę jaką do osobistych doświadczeń przywiązuje Goodwyn). Podobnie ogólnikowo pisze o ugodzie z '89, a przecież było to całkowite zaprzeczenie idei "Solidarności" (miast oddolnej inicjatywy społecznej układ odgórny kosztem ogółu). Wynika to zapewne z chęci nie negowania swych fascynacji = przedmiotu badań, a więc ruchu "Solidarności" i wodzostwa Wałęsy. Uznając klęskę ruchu czy zapędy dyktatorskie wodza wprost, musiałby w wielu miejscach zweryfikować swą wersję wydarzeń. Daje to w efekcie pracę bardzo nierówną, w pierwszej części (do pojawienia się Wałęsy i "Solidarności") niezwykle ciekawą i obiektywną, w drugiej powierzchowną i często sprzeczną z własnymi założeniami autora. Brak mi w niej też paru elementów, np. słabo omówiona kwestia idei Samorządnej Rzeczpospolitej. Goodwyn nie zna pracy "Bój o samorząd" Szymona Jakubowicza, będącej, obok jego własnej, jedną z nielicznych prób całościowego ujęcia historii powojennego ruchu robotniczego w Polsce. Goodwyn bardziej skupia się na wymiarze związkowym niż samorządowym, uznając po części rady za element manipulacji ze strony władz – czy z powodu mieszania ich z radami zakładowymi oficjalnych związków zawodowych? Nie wiem, na ile wynika to z jego opcji klasowej, kiedy dla mnie większa różnica jest między Gdańskiem i Warszawą niż robotnikami i inteligencją, gdy szło o kwestię walki z komuną w '80. Wizja Goodwyna do złudzenia przypomina J. Machajskiego z jego niechęcią do inteligencji, co sprawia, że obraz staje się u niego czarno-biały i Wałęsa jest demokratą tylko dlatego, że to robotnik, choć nawet Goodwyn widzi jego tendencje autorytarne czy zbieżność polityki z niby-wrogim KOR'em. Nie zmienia to faktu, że inteligencja ukradła mit "Solidarności", w '89 za stołki rozmieniając go na drobne przy okrągłym stole – o tym jednak u Goodwyna niewiele, musiałby bowiem uznać klęskę ruchu i podważyć wagę nauki, jaka z niego wyrasta, a to uderzyłoby w całą jego pracę.
Ciekawe – choć czasem kontrowersyjne – są rozważania teoretyczne Goodwyna (nb., język pracy jest dość trudny – akademicki i do tego amerykański: politykę demokratyczną chętnie zastąpiłbym aktywnością społeczną np.). Bliska mi, oprócz tego, że ktoś musi życie społeczne zrobić, bo nie dzieje się ono samo, jest kwestia jego widzenia, a ściślej – wyjaśniania błędów (zawsze uważałem, że nie wystarczy powiedzieć jak jest według mnie, ale trzeba wyjaśnić skąd biorą się błędy innych wizji). Dla Goodwyna jest to wynik oglądania ruchu z zewnątrz bez udziału w nim. Siłą ruchu jest komunikacja wewnętrzna i powszechna partycypacja – alienacja elity sprawia, że ruch słabnie i musi utrzymywać się przemocą (wobec swoich i obcych). Goodwyn widzi też głęboką różnicę między demokracją dawną i współczesną – w greckich polis, włoskich komunach, Anglii Cromwella i walczących o niepodległość USA (nie zna tradycji I RP, a może nie chce znać, bo nie-ludowa? Inteligencji zarzuca szlacheckie korzenie, jako źródło elitaryzmu) demokrację tworzyli obywatele, system były tym czym zorganizowane społeczeństwo, ale pojawienie się rynku rodzi zanik wolnej pracy i skrajne dysproporcje socjalne, a dla tych, co wierzą w ideały, jedynym wyjściem jawi się interwencja władz w ekonomię. Spór skupia się na jej zakresie, toczą go partie polityczne, ich wolę realizuje biurokracja, dla amatorów na co dzień nie ma już miejsca w takiej demokracji. Rynek rodzi de-socjalizację – w tym świecie praca i system nie są moje, teoria nic tu nie zmieni bez codziennej (!) praktyki. Goodwyn w "Solidarności" widzi odrodzenie ideału (coś jakby trzecią drogę w odwrotnym kierunku niż pozostałe). Nie przewidział, iż jego pupil do spółki z komuną to obali, iż "Solidarności" upadnie, iż nie będzie dalszego ciągu; nie jest nim demokracja rynkowa, co przegięła w drugą, i to poniekąd trudniejszą do kontestowania, stronę? "Solidarność" była inna, normalnie walczy elita, czasem klasy, rasy czy narody, a tu całe społeczeństwo (nie partia, a naród – to też element starej demokracji, nb. – silny w I Rzeczpospolitej).
Warunek rewolucji to według Jeffersona i Mao zdolność do publicznego oporu wobec władzy, która nie bierze się z objawienia prawdy o ucisku jak sądzą agitatorzy, bo ludzie sami wiedzą jak jest, ale boją się wyjść poza rutynę. Gdy robi to elita, mamy ugrupowanie polityczne, gdy masy – ruch społeczny. Uzyskać udaje się to tylko w praktyce, ale, to opis, nie przepis, co osłabia pożytek z tej wiedzy (zaś w świetle założeń Goodwyna tego właśnie się oczekuje, sam stwierdził, że chciał, by poznanie "Solidarności" stworzyło dla innych wiedzę o prawdziwej demokracji i to nie tylko teoretyczną). Dziś zadymy i media (to w praktyce to samo) nic nie dają – bo wolno to robić – pogłębia się tylko szum informacyjny rynku. Pomysłem mogłaby być solidarność, strajki o zasadę a nie kasę, ale nie ma na to chętnych. Równie trudno ją uzyskać z drugiej strony, jako konsument (nie producent) w postaci bojkotu rynku. Dziś w system łatwiej byłoby ugodzić takim strajkiem, być może czynnym (robienie tego, czego się potrzebuje, samemu miast kupowania na rynku), co idzie zresztą ku przywróceniu bazy dla dawnej demokracji, gdzie człowiek sam dla siebie produkował towary, kulturę i system. Póki co ogół woli ofertę rynku – kup! W efekcie nie tylko inteligencja nie umie już sama wydawać swych papierów i czeka, aż ktoś wyda i zapłaci prawa autorskie, ale i chłop umiera z głodu, jeśli nie kupi jedzenia w sklepie. Stąd też skupienie słabnącego ruchu związkowego na walce o kasę na konsumpcję (czy przeżycie?) zamiast walki o samorząd pracowniczy. Czy idea Solidarności jest już tylko historią i największa szansa ustanowienia rzeczywistej demokracji stała się kolejnym mitem (a może i to nie, przynajmniej u nas, przez rozczarowanie tym, co się stało po '89)?
Książka Goodwyna dostępna jest i w wersji internetowej (http://www.goodwyn.pl). Pełniejszą wersję mojej recenzji (tu z konieczności musiałem wiele spraw pominąć) można otrzymać pisząc na mój adres (jwal@pg.gda.pl).
Jany Waluszko
PS. Już po napisaniu recenzji przeczytałem pracę Jerzego Eislera Grudzień 1970 (Warszawa 2000), w świetle której widać, iż Goodwyn i w tym temacie nie jest zbyt dokładny, choć tu i uczonym, mającym dostęp do archiwów, trudno o precyzję, zaś błędy Goodwyna nie wpływają zasadniczo na obraz zdarzeń tak, jak w wypadku Wałęsy i "Solidarności".
Jany Waluszko - ur. 1962 r., działacz społeczny z Gdańska, współtwórca i uczestnik Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. ----- Original Message -----
Dienstag, 13. Dezember 2005
Andrzej Gwiazda to Lee Edwards, Ph.D, Chairman The Victims of Communism Memorial Foundation
Andrzej Gwiazda, ul. Wejhera 3 C m. 118, 80-346 Gdańsk, tel. (58) 556 28 26 http://www.obywatel.org.pl
Lee Edwards, Ph.D, Chairman The Victims of Communism Memorial Foundation, 1521 Sixteenth St. NW, Washington, DC 20036
Szanowny Panie,
Jest wielkim dla mnie zaszczytem odznaczenie Medalem Wolności Truman - Reagan i możliwość reprezentowania tych, którzy 25 lat temu solidarnościowym strajkiem doprowadzili do powstania wolnego związku zawodowego „Solidarność”. Miliony Polaków zaufały nam i podjęły ryzyko przeciwstawienia się całej potędze systemu komunistycznego. Na wywalczonym skrawku wolności budowaliśmy podstawy wolnej i demokratycznej Polski, w której każdy obywatel jest ważny i potrzebny i każdy może liczyć na solidarność innych.
Dziękujemy prezydentowi J. Carterowi, który jesienią 1980 roku ostrzegł władze na Kremlu, że Stany Zjednoczone nie zgodzą się na interwencję w Polsce. Dziś już wiemy, że nasza pokojowa rewolucja mogła się udać Mogliśmy rozmontować komunistyczny system bez rozlewu krwi, ponieważ „Solidarność”, mimo licznej agentury, skutecznie broniła demokracji i swojej niezależności, a Kreml liczył się z możliwością utraty władzy w Polsce.
Kres pokojowej rewolucji położył stan wojenny. 13 grudnia 1981 generał Jaruzelski w obronie władzy PZPR i SB wyprowadził wojsko na ulice. Czołgi rozbiły bramy strajkujących zakładów pracy, zginęli ludzie, aresztowano tysiące działaczy „Solidarności”. Dziękujemy Amerykanom i prezydentowi Reaganowi za solidarność w tym czasie. Miliony Polaków w niezwykle trudnych warunkach podjęły walkę o uwolnienie więźniów politycznych i przywrócenie możliwości działania „Solidarności”. Ci ludzie, którzy pozostali wierni ideom i zasadom „Solidarności”, wierzyli, że ich walka nie pójdzie na marne. Stało się inaczej, a prawda o najnowszej historii Polski ciągle jest ukrywana przed społeczeństwem.
Ludzie nie wiedzą, dlaczego za niepodległość musieliśmy zapłacić utratą majątku wypracowanego przez kilka pokoleń i zniszczeniem gospodarki. Nie wiedzą, jakim sposobem pierwszym prezydentem niepodległej Polski został generał Jaruzelski. Nie zorientowali się, że w 1989 roku pod nazwą „Solidarność” powołano inną organizację, która w żadnym sensie nie była kontynuacją pierwszej „Solidarności”. (Dołączam list do Parlamentu Europejskiego uzasadniający to twierdzenie).
Te manipulacje umożliwiły przeprowadzenie transformacji ustroju w Polsce zgodnie z interesem oligarchów totalitarnego państwa, pod dyktando doradców międzynarodowych organizacji finansowych, bez pytania narodu o zdanie. Teraz miliony Polaków bezrobotnych, bezdomnych, pozbawionych pewności jutra, żyje na marginesie społeczeństwa bez pomocy i nadziei na lepszą przyszłość. Czy „Solidarność” może święcić swój triumf, chociaż Polska formalnie jest wolna i demokratyczna?
Pierwsza „Solidarność” przegrała. Druga „Solidarność” zawiodła zaufanie członków. Nie mogłem temu zapobiec, ale nie mogę stanąć obok Lecha Wałęsy, który działał w przeciwnym niż ja kierunku. Dołączyłbym do tych, którzy twierdzą, że pierwsza „Solidarność” była tylko piękną utopią, którą należało zniszczyć, że nie stanowiła realnej alternatywy dla systemu komunistycznego. Chcę pozostać wśród tych, którzy zachowali nadzieję na przyszłość, którzy wierzą, że lepszy świat jest możliwy, tak jak wierzyliśmy 25 lat temu.
Wiem, że nadal wielu ludzi ma do mnie zaufanie, ale nie mam dostępu do mediów. Nie mógłbym im wytłumaczyć, że przyjęcie Medalu Wolności w imieniu tych, którzy strajkowali 25 lat temu nie oznacza akceptacji dla drugiej „Solidarności” i jej polityki. Proszę zrozumieć trudną i skomplikowaną sytuację, w której postawił mnie bieg historii.
Jestem wdzięczny za zaproszenie, ale nie mogę go przyjąć.
Z poważaniem
Andrzej Gwiazda
Wersja angielska:
Dear Sir,
I consider it a great honor to be awarded the Truman-Reagan Medal of Freedom and to be asked to represent those who, 25 years ago, went on strike, which led to the creation of the free and independent union, „Solidarity”. Millions of Poles put their trust in us at the time and took on the risks of standing up and confronting the all powerful communist system. Together, on a freshly won patch of freedom, we started laying foundations for a free and democratic Poland.
We are grateful to President Carter who, unbeknownst to us in the Fall of 1980, warned Kremlin officials that the United States would not tolerate foreign military intervention in Poland. We now know that our peaceful revolution could indeed have succeeded. It was possible to dismantle the communist system without any bloodshed because the Kremlin had already accepted the possibility of losing its control over Poland and „Solidarity”, which, despite infiltration by numerous agents, was effective in defending democracy and its free union status.
Martial law ended all of that. On the 13th of December 1981, to protect the Communist Party and the Secret Police, General Jaruzelski took the Army to the streets. Army tanks crashed the gates of the striking factories, the clashes resulted in deadly casualties, and thousands of „Solidarity” activists were arrested. We are grateful to the American people and President Reagan for their solidarity during that time. Millions of Poles, under extremely difficult conditions, took on the struggle to free political prisoners and to reinstate „Solidarity”. Those who remained faithful to the ideas and principles embodied by „Solidarity” believed that the results of their struggles would not be wasted. This, in the end, has not happened and, instead, the truth regarding the most recent history of Poland has been kept hidden from Polish society.
As a result, the people do not know why the newly won freedom had to result also in the loss of generations’ worth of national property and destruction of the nation’s economy. They do not know how General Jaruzelski came to be the first president of independent Poland. They do not realize that in 1989, the original first „Solidarity” was effectively replaced by a different organization, which bore the same name but was not, by any means, the continuation of the first. (Attached please find my letter to the European Parliament justifying this claim).
These machinations enabled economic and political transformations in Poland, without consulting the Polish people, in accordance with interests of oligarchs from the previous regime and under the dictate of advisers representing international finance. Today, millions of Poles are without work, homeless, and deprived of a secure tomorrow. They are forced to live outside the margins of society, without any aid or hope for a better future. In this context, even though formally Poland is free and democratic, can „Solidarity” truly celebrate its triumph?
The first „Solidarity” lost. The second „Solidarity” betrayed the trust of its members. I could not prevent that and now I can not stand next to Lech Walesa, who acted in a direction opposite to mine. By doing so I would join those who claimed that the first „Solidarity” was not a real alternative to the communist system but merely a beautiful utopia, and therefore had to be destroyed. Instead, I would like to remain among those who are still hopeful, those who believe, as we did 25 years ago, that it is possible to change the world for the better.
I am confident that many still put their trust in me, however I have no access to major media outlets. Therefore, I would not be able to explain that my acceptance of the Truman-Reagan Medal of Freedom, in the name of those who went on strike 25 years ago, does not equate with acceptance of the second „Solidarity” and its policies. I hope you will understand the difficult and complicated situation in which I have been placed by history.
I am very grateful for your invitation but I can not accept it.
Yours sincerely,
Andrzej Gwiazda
22:53, reakcja , Andrzej Gwiazda
22:53, reakcja ,Mittwoch, 07. Dezember 2005
Harold Pinter Nobelvorlesung 2005
© DIE NOBELSTIFTUNG 2005
Kunst, Wahrheit & Politik
1958 schrieb ich folgendes:
„Es gibt keine klaren Unterschiede zwischen dem, was wirklich und dem was unwirklich ist, genauso wenig wie zwischen dem, was wahr und dem was unwahr ist. Etwas ist nicht unbedingt entweder wahr oder unwahr; es kann beides sein, wahr und unwahr.“
Ich halte diese Behauptungen immer noch für plausibel und weiterhin gültig für die Erforschung der Wirklichkeit durch die Kunst. Als Autor halte ich mich daran, aber als Bürger kann ich das nicht. Als Bürger muss ich fragen: Was ist wahr? Was ist unwahr?
Die Wahrheit in einem Theaterstück bleibt immer schwer greifbar. Man findet sie niemals völlig, sucht aber zwanghaft danach. Die Suche ist eindeutig der Antrieb unseres Bemühens. Die Suche ist unsere Aufgabe. Meistens stolpert man im Dunkeln über die Wahrheit, kollidiert damit oder erhascht nur einen flüchtigen Blick oder einen Umriss, der der Wahrheit zu entsprechen scheint, oftmals ohne zu merken, dass dies überhaupt geschehen ist. Die echte Wahrheit aber besteht darin, dass sich in der Dramatik niemals so etwas wie die eine Wahrheit finden lässt. Es existieren viele Wahrheiten. Die Wahrheiten widersprechen, reflektieren, ignorieren und verspotten sich, weichen voreinander zurück, sind füreinander blind. Manchmal spürt man, dass man die Wahrheit eines Moments in der Hand hält, dann gleitet sie einem durch die Finger und ist verschwunden.
Man hat mich oft gefragt, wie meine Stücke entstehen. Ich kann es nicht sagen. Es ist mir auch völlig unmöglich, meine Stücke zusammenzufassen, ich kann nur sagen, dies ist geschehen. Das haben sie gesagt. Dies haben sie getan.
Die meisten meiner Stücke entstehen aus einer Textzeile, einem Wort oder einem Bild. Dem gegebenen Wort folgt oft kurz darauf das Bild. Ich gebe zwei Beispiele für zwei Zeilen, die mir urplötzlich einfielen, danach kam das Bild und dann ich.
Es sind die Stücke Die Heimkehr und Alte Zeiten. Der erste Satz von Die Heimkehr heißt: „Was hast du mit der Schere gemacht?“ Das erste Wort von Alte Zeiten lautet: „Dunkel“.
Das war alles, was ich jeweils an Informationen besaß.
Im ersten Fall suchte jemand offenbar eine Schere und wollte von jemand anders, den er verdächtigte, sie gestohlen zu haben, ihren Verbleib erfahren. Aber irgendwie wusste ich, dass der angesprochenen Person die Schere ebenso egal war wie die Person, die danach gefragt hatte.
„Dunkel“ verstand ich als Beschreibung der Haare einer Person, der Haare einer Frau, sowie als Antwort auf eine Frage. In beiden Fällen musste ich der Sache nachgehen. Dies geschah visuell, ein sehr langsames Überblenden vom Schatten ins Licht.
Wenn ich ein Stück beginne, nenne ich die Personen immer A, B und C.
In dem Stück, aus dem Die Heimkehr wurde, sah ich einen Mann in ein kahles Zimmer kommen und seine Frage an einen jüngeren Mann richten, der auf einem hässlichen Sofa saß und eine Rennzeitung las. Ich ahnte irgendwie, dass A der Vater und B sein Sohn war, aber ich besaß keinen Beweis dafür. Meine Vermutung wurde allerdings kurz darauf bestätigt als B (der spätere Lenny) zu A (dem späteren Max) sagt: „Ich würde jetzt gerne das Thema wechseln, ja, Dad? Ich möchte dich was fragen. Unser Essen vorhin, was sollte das darstellen? Wie heißt so was? Warum kaufst du dir keinen Hund? Der würde so was fressen. Ehrlich. Aber du kochst hier nicht für ein Rudel Hunde.“ Da B also A „Dad“ nennt, schien mir die Anna hme vernünftig, dass es sich bei ihnen um Vater und Sohn handelte. A war auch eindeutig der Koch, dessen Kochkünste offenbar keine hohe Wertschätzung genossen. Bedeutete das, dass es keine Mutter gab? Ich wusste es nicht. Aber, so sagte ich mir, anfangs wissen wir nie, worauf alles hinausläuft.
„Dunkel“. Ein breites Fenster. Abendhimmel. Ein Mann, A (der spätere Deeley), und eine Frau, B (die spätere Kate), sitzen und trinken. „Dick oder dünn?“ fragt der Mann. Von wem red en sie? Aber dann sehe ich am Fenster eine Frau, C (die spätere Anna ), sie steht in einer anderen Beleuchtung, mit dem Rücken zu den anderen, ihre Haare sind dunkel.
Es ist ein merkwürdiger Moment, der Moment, in dem man Personen erschafft, die bis dahin nicht existierten. Was dann kommt, vollzieht sich sprunghaft, vage, sogar halluzinatorisch, auch wenn es manchmal einer unaufhaltsamen Lawine gleicht. Der Autor befindet sich in einer eigenartigen Lage. Die Personen empfangen ihn eigentlich nicht mit offenen Armen. Die Personen widersetzen sich ihm. Es ist schwierig, mit ihnen auszukommen, sie zu definieren ist unmöglich. Vorschreiben lassen sie sich schon gar nichts. In gewisser Weise spielt man mit ihnen ein endloses Spiel: Katz und Maus, Blindekuh, Verstecken. Aber schließlich merkt man, dass man es mit Menschen aus Fleisch und Blut zu tun hat, mit Menschen die einen eigenen Willen und eine individuelle Sensibilität besitzen und aus Bestandteilen bestehen, die man nicht verändern, manipulieren oder verzerren kann.
Die Sprache in der Kunst bleibt also eine äußerst vieldeutige Angelegenheit, Treibsand oder Trampolin, ein gefrorener Teich, auf dem man, der Autor, jederzeit einbrechen könnte.
Aber wie gesagt, die Suche nach der Wahrheit kann nie aufhören. Man kann sie nicht vertagen, sie lässt sich nicht aufschieben. Man muss sich ihr stellen und zwar hier und jetzt.
Politisches Theater stellt einen vor völlig andersartige Probleme. Moralpredigten gilt es unter allen Umständen zu vermeiden. Objektivität ist unabdingbar. Die Personen müssen frei atmen können. Der Autor darf sie nicht einschränken und einengen, damit sie seinen eigenen Vorlieben, Neigungen und Vorurteilen genügen. Er muss bereit sein, sich ihnen aus den verschiedensten Richtungen zu nähern, unter allen möglichen Blickwinkeln, sie vielleicht gelegentlich zu überrumpeln, ihnen aber trotzdem die Freiheit zu lassen, ihren eigenen Weg zu gehen. Das funktioniert nicht immer. Und die politische Satire befolgt natürlich keine dieser Regeln, sie tut tatsächlich das genaue Gegenteil und erfüllt damit ihre eigentliche Funktion.
In meinem Stück Die Geburtstagsfeier lasse ich, glaube ich, in einem dichten Wald der Möglichkeiten einer ganzen Reihe von Alternativen Spielraum, bevor schließlich ein Akt der Unterwerfung in den Brennpunkt rückt.
Berg-Sprache behauptet einen solchen Spielraum nicht. Das Stück bleibt brutal, kurz und hässlich. Aber die Soldaten im Stück haben ihren Spaß. Man vergisst manchmal, dass sich Folterer rasch langweilen. Sie müssen etwas zu lachen haben, damit ihnen die Lust nicht vergeht. Die Ereignisse in Abu Ghraib in Bagdad haben das natürlich bestätigt. Berg-Sprache dauert nur 20 Minuten, aber es könnte Stunde um Stunde immer so weitergehen, nach demselben Muster, immer so weiter, Stunde um Stunde.
Asche zu Asche andererseits scheint mir unter Wasser zu spielen. Eine ertrinkende Frau reckt durch die Wellen die Hand nach oben, sie versinkt, sucht nach anderen, aber sie findet dort niemand, weder über noch unter Wasser, sie findet nur treibende Schatten, Spiegelungen; die Frau, eine verlorene Gestalt in einer ertrinkenden Landschaft, eine Frau, die dem Verderben, das nur anderen bestimmt gewesen zu sein schien, nicht entrinnen kann.
Doch so wie sie starben, muss auch sie sterben.
Politische Sprache, so wie Politiker sie gebrauchen, wagt sich auf keines dieser Gebiete, weil die Mehrheit der Politiker, nach den uns vorliegenden Beweisen, an der Wahrheit kein Interesse hat sondern nur an der Macht und am Erhalt dieser Macht. Damit diese Macht erhalten bleibt, ist es unabdingbar, dass die Menschen unwissend bleiben, dass sie in Unkenntnis der Wahrheit leben, sogar der Wahrheit ihres eigenen Lebens. Es umgibt uns deshalb ein weitverzweigtes Lügengespinst, von dem wir uns nähren.
Wie jeder der hier Anwesenden weiß, lautete die Rechtfertigung für die Invasion des Irak, Saddam Hussein verfüge über ein hoch gefährliches Arsenal an Massenvernichtungswaffen, von denen einige binnen 45 Minuten abgefeuert werden könnten, mit verheerender Wirkung. Man versicherte uns, dies sei wahr. Es war nicht die Wahrheit. Man erzählte uns, der Irak unterhalte Beziehungen zu al-Qaida und trage Mitverantwortung für die Gräuel in New York am 11. September 2001. Man versicherte uns, dies sei wahr. Es war nicht die Wahrheit. Man erzählte uns, der Irak bedrohe die Sicherheit der Welt. Man versicherte uns es sei wahr. Es war nicht die Wahrheit.
Die Wahrheit sieht völlig anders aus. Die Wahrheit hat damit zu tun, wie die Vereinigten Staaten ihre Rolle in der Welt auffassen und wie sie sie verkörpern wollen.
Doch bevor ich auf die Gegenwart zurückkomme, möchte ich einen Blick auf die jüngste Vergangenheit werfen; damit meine ich die Außenpolitik der Vereinigten Staaten seit dem Ende des 2. Weltkriegs. Ich glaube, wir sind dazu verpflichtet, diesen Zeitraum zumindest einer gewissen, wenn auch begrenzten Prüfung zu unterziehen, mehr erlaubt hier die Zeit nicht.
Jeder weiß, was in der Sowjetunion und in ganz Osteuropa während der Nachkriegszeit passierte: die systematische Brutalität, die weit verbreiteten Gräueltaten, die rücksichtslose Unterdrückung eigenständigen Denkens. All dies ist ausführlich dokumentiert und belegt worden.
Aber ich behaupte hier, dass die Verbrechen der USA im selben Zeitraum nur oberflächlich protokolliert, geschweige denn dokumentiert, geschweige denn eingestanden, geschweige denn überhaupt als Verbrechen wahrgenommen worden sind. Ich glaube, dass dies benannt werden muss, und dass die Wahrheit beträchtlichen Einfluss darauf hat, wo die Welt jetzt steht. Trotz gewisser Beschränkungen durch die Existenz der Sowjetunion, machte die weltweite Vorgehensweise der Vereinigten Staaten ihre Überzeugung deutlich, für ihr Handeln völlig freie Hand zu besitzen.
Die direkte Invasion eines souveränen Staates war eigentlich nie die bevorzugte Methode der Vereinigten Staaten. Vorwiegend haben sie den von ihnen sogenannten „Low Intensity Conflict“ favorisiert. „Low Intensity Conflict“ bedeutet, dass tausende von Menschen sterben aber langsamer als würde man sie auf einen Schlag mit einer Bombe auslöschen. Es bedeutet, dass man das Herz des Landes infiziert, dass man eine bösartige Wucherung in Gang setzt und zuschaut wie der Faulbrand erblüht. Ist die Bevölkerung unterjocht worden oder totgeprügelt es läuft auf dasselbe hinaus und sitzen die eigenen Freunde, das Militär und die großen Kapitalgesellschaften, bequem am Schalthebel, tritt man vor die Kamera und sagt, die Demokratie habe sich behauptet. Das war in den Jahren, auf die ich mich hier beziehe, gang und gäbe in der Außenpolitik der USA.
Die Tragödie Nicaraguas war ein hochsignifikanter Fall. Ich präsentiere ihn hier als schlagendes Beispiel für Amerikas Sicht seiner eigenen Rolle in der Welt, damals wie heute.
Ende der 80er Jahre nahm ich an einem Treffen in der amerikanischen Botschaft in London teil.
Der Kongress der Vereinigten Staaten sollte entscheiden, ob man die Contras in ihrem Feldzug gegen den nicaraguanischen Staat mit mehr Geld unterstützt. Ich gehörte der Delegation an, die für Nicaragua sprach, doch das wichtigste Delegationsmitglied war Father John Metcalf. Der Leiter der amerikanischen Gruppe war Raymond Seitz (damals nach dem Botschafter die Nummer Zwei, später selber Botschafter). Father Metcalf sagte: „Sir, ich leite eine Gemeinde im Norden Nicaraguas. Meine Gemeindeglieder haben eine Schule gebaut, ein medizinisches Versorgungszentrum, ein Kulturzentrum. Wir haben in Frieden gelebt. Vor einigen Monaten griffen Contratruppen die Gemeinde an. Sie zerstörten alles: die Schule, das medizinische Versorgungszentrum, das Kulturzentrum. Sie vergewaltigten Krankenschwestern und Lehrerinnen, schlachteten die Ärzte aufs brutalste ab. Sie benahmen sich wie Berserker. Bitte fordern Sie, dass die US-Regierung diesen empörenden terroristischen Umtrieben die Unterstützung entzieht.“
Raymond Seitz besaß einen ausgezeichneten Ruf als rationaler, verantwortungsbewusster und hoch kultivierter Mann. Er genoss in diplomatischen Kreisen großes Ansehen. Er hörte genau zu, zögerte und sprach dann mit großem Ernst. „Father“, sagte er, „ich möchte Ihnen etwas sagen. Im Krieg leiden immer Unschuldige.“ Es herrschte eisiges Schweigen. Wir starrten ihn an. Er zuckte nicht einmal mit der Wimper.
In der Tat, Unschuldige leiden immer.
Schließlich sagte jemand: „Aber in diesem Fall waren die ,Unschuldigen‘ Opfer einer durch Ihre Regierung subventionierten, entsetzlichen Gräueltat, einer von vielen. Sollte der Kongress den Contras mehr Geld bewilligen, wird es zu weiteren Gräueln kommen. Ist dem nicht so? Macht sich Ihre Regierung damit nicht der Unterstützung von Mordtaten und Vernichtungswerken schuldig, begangen an Bürgern eines souveränen Staates?“
Seitz ließ sich durch nichts erschüttern. „Ich bin nicht der Auffassung, dass die vorliegenden Fakten Ihre Behauptungen stützen“, sagte er.
Beim Verlassen der Botschaft sagte mir ein US-Berater, er schätze meine Stücke. Ich reagierte nicht.
Ich darf Sie daran erinnern, dass Präsident Reagan damals folgendes Statement abgab: „Die Contras stehen moralisch auf einer Stufe mit unseren Gründervätern.“
Die Vereinigten Staaten unterstützten die brutale Somoza-Diktatur in Nicaragua über 40 Jahre. Angeführt von den Sandinisten, stürzte das nicaraguanische Volk 1979 dieses Regime, ein atemberaubender Volksaufstand.
Die Sandinisten waren nicht vollkommen. Auch sie verfügten über eine gewisse Arroganz, und ihre politische Philosophie beinhaltete eine Reihe widersprüchlicher Elemente. Aber sie waren intelligent, einsichtig und zivilisiert. Sie machten sich daran, eine stabile, anständige, pluralistische Gesellschaft zu gründen. Die Todesstrafe wurde abgeschafft. Hunderttausende verarmter Bauern wurden quasi ins Leben zurückgeholt. Über 100.000 Familien erhielten Grundbesitz. Zweitausend Schulen entstanden. Eine äußerst bemerkenswerte Alphabetisierungskampagne verringerte den Anteil der Analphabeten im Land auf unter ein Siebtel. Freies Bildungswesen und kostenlose Gesundheitsfürsorge wurden eingeführt. Die Kindersterblichkeit ging um ein Drittel zurück. Polio wurde ausgerottet.
Die Vereinigten Staaten denunzierten diese Leistungen als marxistisch-leninistische Unterwanderung. Aus Sicht der US-Regierung war dies ein gefährliches Beispiel. Erlaubte man Nicaragua, elementare Normen sozialer und ökonomischer Gerechtigkeit zu etablieren, erlaubte man dem Land, den Standard der Gesundheitsfürsorge und des Bildungswesens anzuheben und soziale Einheit und nationale Selbstachtung zu erreichen, würden benachbarte Länder dieselben Fragen stellen und dieselben Dinge tun. Damals regte sich natürlich heftiger Widerstand gegen den in El Salvador herrschenden Status quo.
Ich erwähnte vorhin das „Lügengespinst“, das uns umgibt. Präsident Reagan beschrieb Nicaragua meist als „totalitären Kerker“. Die Medien generell und ganz bestimmt die britische Regierung werteten dies als zutreffenden und begründeten Kommentar. Aber tatsächlich gab es keine Berichte über Todesschwadronen unter der sandinistischen Regierung. Es gab keine Berichte über Folterungen. Es gab keine Berichte über systematische oder offiziell autorisierte militärische Brutalität. In Nicaragua wurde nie ein Priester ermordet. Es waren vielmehr drei Priester an der Regierung beteiligt, zwei Jesuiten und ein Missionar des Maryknoll-Ordens. Die totalitären Kerker befanden sich eigentlich nebenan in El Salvador und Guatemala. Die Vereinigten Staaten hatten 1954 die demokratisch gewählte Regierung von Guatemala gestürzt, und Schätzungen zufolge sollen den anschließenden Militärdiktaturen mehr als 200.000 Menschen zum Opfer gefallen sein.
Sechs der weltweit namhaftesten Jesuiten wurden 1989 in der Central American University in San Salvador von einem Batallion des in Fort Benning, Georgia, USA, ausgebildeten Alcatl-Regiments getötet. Der außergewöhnlich mutige Erzbischof Romero wurde ermordet, als er die Messe las. Schätzungsweise kamen 75.000 Menschen ums Leben. Weshalb wurden sie getötet? Sie wurden getötet, weil sie ein besseres Leben nicht nur für möglich hielten sondern auch verwirklichen wollten. Dieser Glaube stempelte sie sofort zu Kommunisten. Sie starben, weil sie es wagten, den Status quo infrage zu stellen, das endlose Plateau von Armut, Krankheit, Erniedrigung und Unterdrückung, das ihr Geburtsrecht gewesen war.
Die Vereinigten Staaten stürzten schließlich die sandinistische Regierung. Es kostete einige Jahre und beträchtliche Widerstandskraft, doch gnadenlose ökonomische Schikanen und 30.000 Tote untergruben am Ende den Elan des nicaraguanischen Volkes. Es war erschöpft und erneut verarmt. Die Casinos kehrten ins Land zurück. Mit dem kostenlosen Gesundheitsdienst und dem freien Schulwesen war es vorbei. Das Big Business kam mit aller Macht zurück. Die 'Demokratie' hatte sich behauptet.
Doch diese „Politik“ blieb keineswegs auf Mittelamerika beschränkt. Sie wurde in aller Welt betrieben. Sie war endlos. Und es ist, als hätte es sie nie gegeben.
Nach dem Ende des 2. Weltkriegs unterstützten die Vereinigten Staaten jede rechtsgerichtete Militärdiktatur auf der Welt, und in vielen Fällen brachten sie sie erst hervor. Ich verweise auf Indonesien, Griechenland, Uruguay, Brasilien, Paraguay, Haiti, die Türkei, die Philippinen, Guatemala, El Salvador und natürlich Chile. Die Schrecken, die Amerika Chile 1973 zufügte, können nie gesühnt und nie verziehen werden.
In diesen Ländern hat es Hunderttausende von Toten gegeben. Hat es sie wirklich gegeben? Und sind sie wirklich alle der US-Außenpolitik zuzuschreiben? Die Antwort lautet ja, es hat sie gegeben, und sie sind der amerikanischen Außenpolitik zuzuschreiben. Aber davon weiß man natürlich nichts.
Es ist nie passiert. Nichts ist jemals passiert. Sogar als es passierte, passierte es nicht. Es spielte keine Rolle. Es interessierte niemand. Die Verbrechen der Vereinigten Staaten waren systematisch, konstant, infam, unbarmherzig, aber nur sehr wenige Menschen haben wirklich darüber gesprochen. Das muss man Amerika lassen. Es hat weltweit eine ziemlich kühl operierende Machtmanipulation betrieben, und sich dabei als Streiter für das universelle Gute gebärdet. Ein glänzender, sogar geistreicher, äußerst erfolgreicher Hypnoseakt.
Ich behaupte, die Vereinigten Staaten ziehen die größte Show der Welt ab, ganz ohne Zweifel. Brutal, gleichgültig, verächtlich und skrupellos, aber auch ausgesprochen clever. Als Handlungsreisende stehen sie ziemlich konkurrenzlos da, und ihr Verkaufsschlager heißt Eigenliebe. Ein echter Renner. Man muss nur all die amerikanischen Präsidenten im Fernsehen die Worte sagen hören: „das amerikanische Volk“, wie zum Beispiel in dem Satz: „Ich sage dem amerikanischen Volk, es ist an der Zeit, zu beten und die Rechte des amerikanischen Volkes zu verteidigen, und ich bitte das amerikanische Volk, den Schritten ihres Präsidenten zu vertrauen, die er im Auftrag des amerikanischen Volkes unternehmen wird.“
Ein brillanter Trick. Mit Hilfe der Sprache hält man das Denken in Schach. Mit den Worten „das amerikanische Volk“ wird ein wirklich luxuriöses Kissen zur Beruhigung gebildet. Denken ist überflüssig. Man muss sich nur ins Kissen fallen lassen. Möglicherweise erstickt das Kissen die eigene Intelligenz und das eigene Urteilsvermögen, aber es ist sehr bequem. Das gilt natürlich weder für die 40 Millionen Menschen, die unter der Armutsgrenze leben, noch für die 2 Millionen Männer und Frauen, die in dem riesigen Gulag von Gefängnissen eingesperrt sind, der sich über die Vereinigten Staaten erstreckt.
Den Vereinigten Staaten liegt nichts mehr am low intensity conflict. Sie sehen keine weitere Notwendigkeit, sich Zurückhaltung aufzuerlegen oder gar auf Umwegen ans Ziel zu kommen. Sie legen ihre Karten ganz ungeniert auf den Tisch. Sie scheren sich einen Dreck um die Vereinten Nationen, das Völkerrecht oder kritischen Dissens, den sie als machtlos und irrelevant betrachten. Sie haben sogar ein kleines, blökendes Lämmchen, das ihnen an einer Leine hinterher trottelt, das erbärmliche und abgeschlaffte Großbritannien.
Was ist aus unserem sittlichen Empfinden geworden? Hatten wir je eines? Was bedeuten diese Worte? Stehen sie für einen heutzutage äußerst selten gebrauchten Begriff – Gewissen? Ein Gewissen nicht nur hinsichtlich unseres eigenen Tuns sondern auch hinsichtlich unserer gemeinsamen Verantwortung für das Tun anderer? Ist all das tot? Nehmen wir Guantanamo Bay. Hunderte von Menschen, seit über drei Jahren ohne Anklage in Haft, ohne gesetzliche Vertretung oder ordentlichen Prozess, im Prinzip für immer inhaftiert. Diese absolut rechtswidrige Situation existiert trotz der Genfer Konvention weiter. Die sogenannte „internationale Gemeinschaft“ toleriert sie nicht nur, sondern verschwendet auch so gut wie keinen Gedanken daran. Diese kriminelle Ungeheuerlichkeit begeht ein Land, das sich selbst zum „Anführer der freien Welt“ erklärt. Denken wir an die Menschen in Guantanamo Bay? Was berichten die Medien über sie? Sie tauchen gelegentlich auf – eine kleine Notiz auf Seite sechs. Sie wurden in ein Niemandsland geschickt, aus dem sie womöglich nie mehr zurückkehren. Gegenwärtig sind viele im Hungerstreik, werden zwangsernährt, darunter auch britische Bürger. Zwangsernährung ist kein schöner Vorgang. Weder Beruhigungsmittel noch Betäubung. Man bekommt durch die Nase einen Schlauch in den Hals gesteckt. Man spuckt Blut. Das ist Folter. Was hat der britische Außenminister dazu gesagt? Nichts. Was hat der britische Premierminister dazu gesagt? Nichts. Warum nicht? Weil die Vereinigten Staaten gesagt haben: Kritik an unserem Vorgehen in Guantanamo Bay stellt einen feindseligen Akt dar. Ihr seid entweder für uns oder gegen uns. Also hält Blair den Mund.
Die Invasion des Irak war ein Banditenakt, ein Akt von unverhohlenem Staatsterrorismus, der die absolute Verachtung des Prinzips von internationalem Recht demonstrierte. Die Invasion war ein willkürlicher Militäreinsatz, ausgelöst durch einen ganzen Berg von Lügen und die üble Manipulation der Medien und somit der Öffentlichkeit; ein Akt zur Konsolidierung der militärischen und ökonomischen Kontrolle Amerikas im mittleren Osten unter der Maske der Befreiung, letztes Mittel, nachdem alle anderen Rechtfertigungen sich nicht hatten rechtfertigen lassen. Eine beeindruckende Demonstration einer Militärmacht, die für den Tod und die Verstümmelung abertausender Unschuldiger verantwortlich ist.
Wir haben dem irakischen Volk Folter, Splitterbomben, abgereichertes Uran, zahllose, willkürliche Mordtaten, Elend, Erniedrigung und Tod gebracht und nennen es „dem mittleren Osten Freiheit und Demokratie bringen“.
Wie viele Menschen muss man töten, bis man sich die Bezeichnung verdient hat, ein Massenmörder und Kriegsverbrecher zu sein? Einhunderttausend? Mehr als genug, würde ich meinen. Deshalb ist es nur gerecht, dass Bush und Blair vor den Internationalen Strafgerichtshof kommen. Aber Bush war clever. Er hat den Internationalen Strafgerichtshof gar nicht erst anerkannt. Für den Fall, dass sich ein amerikanischer Soldat oder auch ein Politiker auf der Anklagebank wiederfindet, hat Bush damit gedroht, die Marines in den Einsatz zu schicken. Aber Tony Blair hat den Gerichtshof anerkannt und steht für ein Gerichtsverfahren zur Verfügung. Wir können dem Gerichtshof seine Adresse geben, falls er Interesse daran hat. Sie lautet Number 10, Downing Street, London.
Der Tod spielt in diesem Zusammenhang keine Rolle. Für Bush und Blair ist der Tod eine Lappalie. Mindestens 100.000 Iraker kamen durch amerikanische Bomben und Raketen um, bevor der irakische Aufstand begann. Diese Menschen sind bedeutungslos. Ihr Tod existiert nicht. Sie sind eine Leerstelle. Sie werden nicht einmal als tot gemeldet. „Leichen zählen wir nicht“, sagte der amerikanische General Tommy Franks.
Ganz zu Beginn der Invasion veröffentlichten die britischen Zeitungen auf der Titelseite ein Foto von Tony Blair, der einen kleinen irakischen Jungen auf die Wange küsst. „Ein dankbares Kind“, lautete die Überschrift. Einige Tage später gab es auf einer Innenseite einen Bericht und ein Foto von einem anderen vierjährigen Jungen, ohne Arme. Eine Rakete hatte seine Familie in die Luft gesprengt. Er war der einzige Überlebende. „Wann bekomme ich meine Arme wieder?“ fragte er. Der Bericht wurde nicht weiter verfolgt. Nun, diesen Jungen hielt auch nicht Tony Blair in den Armen, weder ihn noch sonst ein anderes verstümmeltes Kind oder irgendeine blutige Leiche. Blut ist schmutzig. Es verschmutzt einem Hemd und Krawatte, wenn man eine aufrichtige Ansprache im Fernsehen hält.
Die 2000 toten Amerikaner sind peinlich. Sie werden bei Dunkelheit zu ihren Gräbern transportiert. Die Beerdigungen finden dezent statt, an einem sicheren Ort. Die Verstümmelten verfaulen in ihren Betten, manche für den Rest ihres Lebens. Die Toten und die Verstümmelten verfaulen beide, nur in unterschiedlichen Gräbern.
Dies ist ein Stück aus einem Gedicht von Pablo Neruda: „Erklärung einiger Dinge“:
Und eines Morgens brachen die Flammen aus allem,
und eines Morgens stiegen lodernde Feuer
aus der Erde,
verschlangen Leben,
und seither Feuer,
Pulver seither,
und seither Blut.
Banditen mit Flugzeugen und Marokkanern,
Banditen mit Ringen und Herzoginnen,
Banditen mit segnenden schwarzen Mönchen
kamen vom Himmel, um Kinder zu töten,
und durch die Strassen das Blut der Kinder
floss einfach, wie das Blut von Kindern.Schakale, widerwärtig für einen Schakal,
Steine, auf die die trockene Distel gespien hätte,
Vipern, die Vipern verachten würden!Vor euch habe ich das Blut
Spaniens aufwallen gesehn,
euch zu ersäufen in einer einzigen Woge
von Stolz und Messern!Generäle
Verräter:
seht mein totes Haus,
seht mein zerbrochenes Spanien:
doch aus jedem Haus schiesst brennendes Metall
anstelle von Blumen,
aus jedem Loch in Spanien
springt Spanien empor,
aus jedem ermordeten Kind wächst ein Gewehr mit Augen,
aus jedem Verbrechen werden Kugeln geboren,
die eines Tages den Sitz
eines Herzens finden werden.Ihr fragt, warum seine Dichtung uns nichts
von der Erde erzählt, von den Blättern,
den großen Vulkanen seines Heimatlandes?Kommt, seht das Blut in den Strassen,
kommt, seht
das Blut in den Straßen,
kommt, seht doch das Blut
in den Strassen!1
Ich möchte ganz unmissverständlich sagen, dass ich, indem ich aus Nerudas Gedicht zitiere, keinesfalls das republikanische Spanien mit dem Irak Saddam Husseins vergleiche. Ich zitiere Neruda, weil ich nirgendwo sonst in der zeitgenössischen Lyrik eine so eindringliche, wahre Beschreibung der Bombardierung von Zivilisten gelesen habe.
Ich sagte vorhin, die Vereinigten Staaten würden ihre Karten jetzt völlig ungeniert auf den Tisch legen. Dem ist genau so. Ihre offiziell verlautbarte Politik definiert sich jetzt als „full spectrum dominance“. Der Begriff stammt nicht von mir sondern von ihnen. „Full spectrum dominance“ bedeutet die Kontrolle über Land, Meer, Luft und Weltraum, sowie aller zugehörigen Ressourcen.
Die Vereinigten Staaten besitzen, über die ganze Welt verteilt, 702 militärische Anlagen in 132 Ländern, mit der rühmlichen Ausnahme Schwedens natürlich. Wir wissen nicht ganz genau, wie sie da hingekommen sind, aber sie sind jedenfalls da.
Die Vereinigten Staaten verfügen über 8000 aktive und operative Atomsprengköpfe. Zweitausend davon sind sofort gefechtsbereit und können binnen 15 Minuten abgefeuert werden. Es werden jetzt neue Nuklearwaffensysteme entwickelt, bekannt als Bunker-Busters. Die stets kooperativen Briten planen, ihre eigene Atomrakete Trident zu ersetzen. Wen, frage ich mich, haben sie im Visier? Osama Bin Laden? Sie? Mich? Joe Dokes? China? Paris? Wer weiß das schon? Eines wissen wir allerdings, nämlich dass dieser infantile Irrsinn – der Besitz und angedrohte Einsatz von Nuklearwaffen – den Kern der gegenwärtigen politischen Philosophie Amerikas bildet. Wir müssen uns in Erinnerung rufen, dass sich die Vereinigten Staaten dauerhaft im Kriegszustand befinden und mit nichts zu erkennen geben, dass sie diese Haltung aufgeben.
Abertausende wenn nicht gar Millionen Menschen in den USA sind nachweislich angewidert, beschämt und erzürnt über das Vorgehen ihrer Regierung, aber so wie die Dinge stehen, stellen sie keine einheitliche politische Macht dar – noch nicht. Doch die Besorgnis, Unsicherheit und Angst, die wir täglich in den Vereinigten Staaten wachsen sehen können, werden aller Wahrscheinlichkeit nach nicht schwinden.
Ich weiß, dass Präsident Bush zahlreiche ausgesprochen fähige Redenschreiber hat, aber ich möchte mich freiwillig für den Job melden. Ich schlage folgende kurze Ansprache vor, die er im Fernsehen an die Nation halten kann. Ich sehe ihn vor mir: feierlich, penibel gekämmt, ernst, gewinnend, aufrichtig, oft verführerisch, manchmal mit einem bitteren Lächeln, merkwürdig anziehend, ein echter Mann.
„Gott ist gut. Gott ist groß. Gott ist gut. Mein Gott ist gut. Bin Ladens Gott ist böse. Er ist ein böser Gott. Saddams Gott war böse, wenn er einen gehabt hätte. Er war ein Barbar. Wir sind keine Barbaren. Wir hacken Menschen nicht den Kopf ab. Wir glauben an die Freiheit. So wie Gott. Ich bin kein Barbar. Ich bin der demokratisch gewählte Anführer einer freiheitsliebenden Demokratie. Wir sind eine barmherzige Gesellschaft. Wir gewähren einen barmherzigen Tod auf dem elektrischen Stuhl und durch barmherzige Todesspritzen. Wir sind eine große Nation. Ich bin kein Diktator. Er ist einer. Ich bin kein Barbar. Er ist einer. Und er auch. Die alle da. Ich besitze moralische Autorität. Seht ihr diese Faust? Das ist meine moralische Autorität. Und vergesst das bloß nicht.“
Das Leben eines Schriftstellers ist ein äußerst verletzliches, fast schutzloses Dasein. Darüber muss man keine Tränen vergießen. Der Schriftsteller trifft seine Wahl und hält daran fest. Es stimmt jedoch, dass man allen Winden ausgesetzt ist, und einige sind wirklich eisig. Man ist auf sich allein gestellt, in exponierter Lage. Man findet keine Zuflucht, keine Deckung – es sei denn, man lügt – in diesem Fall hat man sich natürlich selber in Deckung gebracht und ist, so ließe sich argumentieren, Politiker geworden.
Ich habe heute Abend etliche Male vom Tod gesprochen. Ich werde jetzt ein eigenes Gedicht zitieren. Es heißt „Tod“.
Wo fand man den Toten?
Wer fand den Toten?
War der Tote tot, als man ihn fand?
Wie fand man den Toten?Wer war der Tote?
Wer war der Vater oder die Tochter oder der Bruder
Oder der Onkel oder die Schwester oder die Mutter oder der Sohn
Des toten und verlassenen Toten?War er tot, als er verlassen wurde?
War er verlassen?
Wer hatte ihn verlassen?War der Tote nackt oder gekleidet für eine Reise?
Warum haben Sie den Toten für tot erklärt?
Haben Sie den Toten für tot erklärt?
Wie gut haben Sie den Toten gekannt?
Woher wussten sie, dass der Tote tot war?Haben Sie den Toten gewaschen
Haben Sie ihm beide Augen geschlossen
Haben Sie ihn begraben
Haben Sie ihn verlassen
Haben Sie den Toten geküsst2
Blicken wir in einen Spiegel, dann halten wir das Bild, das uns daraus entgegensieht, für akkurat. Aber bewegt man sich nur einen Millimeter, verändert sich das Bild. Wir sehen im Grunde eine endlose Reihe von Spiegelungen. Aber manchmal muss ein Schriftsteller den Spiegel zerschlagen – denn von der anderen Seite dieses Spiegels blickt uns die Wahrheit ins Auge.
Ich glaube, dass den existierenden, kolossalen Widrigkeiten zum Trotz die unerschrockene, unbeirrbare, heftige intellektuelle Entschlossenheit, als Bürger die wirkliche Wahrheit unseres Lebens und unserer Gesellschaften zu bestimmen, eine ausschlaggebende Verpflichtung darstellt, die uns allen zufällt. Sie ist in der Tat zwingend notwendig.
Wenn sich diese Entschlossenheit nicht in unserer politischen Vision verkörpert, bleiben wir bar jeder Hoffnung, das wiederherzustellen, was wir schon fast verloren haben – die Würde des Menschen.
1.aus Pablo Neruda: Dritter Aufenthalt auf Erden, 1937/1947. Übersetzt von Erich Arendt, in Der unsichtbare Fluss – ein Lesebuch herausgegeben von Victor Farias. Luchterhand, Hamburg, 1994.
2. aus Harold Pinter: Krieg. Übersetzt von Elisabeth Plessen und Peter Zadek. Rogner und Bernhard, Hamburg, 2003.
Übersetzung von Michael Walter
Die auf Weblogs sichtbaren Daten und Inhalte stammen von
Privatpersonen. Beepworld ist hierfür nicht verantwortlich.



