Du befindest dich in der Kategorie: Politik - Standpunkt - OPINIE
Jany WALUSZKO: Lawrence Goodwyn - Solidarnosc; - jak to bylo?

Lawrence Goodwyn w tytule swojej pracy pyta Polaków – jak to zrobiliście? Chodzi mu o rewolucję "Solidarności" 1980 roku, która w jego oczach jest największym w historii eksperymentem demokratycznym, a jednocześnie owocem 35 lat aktywności ruchu robotniczego w Polsce. Goodwyn wyraźnie podkreśla, iż było to zjawisko samorodne, bez jakichkolwiek zewnętrznych inspiracji, o czym dziś wielu z działaczy tamtego okresu nie chce pamiętać, a czego ogół po prostu nie wie. Oficjalna bajka brzmi tak, że robotnicy zrobili strajki zakończone powstaniem "Solidarności" pod wpływem agitacji Komitetu Obrony Robotników i innych grup opozycji czy wiadomości o protestach z innych części kraju rozpowszechnianych przez Radio Wolna Europa, a w wersji kościelnej pod wpływem wyboru papieża Polaka i jego pielgrzymki do kraju. Goodwyn stawia jednak proste pytanie, czemu nie oddziałało to w innych częściach kraju, szczególnie tam, gdzie sięgały wpływy KOR (jak Radom, Ursus, Warszawa) czy miała miejsce wizyta papieża, ale na Wybrzeżu (szczególnie w Gdańsku) i odpowiada, że nikt serio tego nie badał, więc tradycyjna odpowiedź jest bądź nieporozumieniem, bądź manipulacją. Z badań Goodwyna wynika, że Sierpień 1980 i takie jego elementy, jak strajk okupacyjny, międzyzakładowy komitet strajkowy i żądanie wolnych związków zawodowych, to owoc doświadczeń 35 lat walki robotników z systemem komunistycznym. Nikt im tego nie mógł podpowiedzieć – wręcz przeciwnie – tak KOR itp., jak i kościół robiły wszystko, by strajk poddać a przynajmniej ograniczyć radykalizm jego żądań (dowodem są cytaty z wypowiedzi prymasa Wyszyńskiego, czy Jacka Kuronia, który jeszcze długo potem mówił, że myślał, iż to niemożliwe i nadal tak myśli). Jak było naprawdę?
Goodwyn dzieli sytuacje na normalne i rewolucyjne – normalnie elita rządzi, a masy słuchają, nawet ci, co chcą przepchać się do elity, i nawet wówczas, kiedy większość norm mają w duszy, bo z tego nic nie wynika. Goodwyn tu nieco miesza, bo za świadomość ma tylko jej formę czynną czyli – po mojemu – wolę, tak jakby ktoś bierny nie mógł znać prawdy – to fakt, iż czynny udział w życiu daje lepszą orientację niż jego obserwacja, pomijająca na ogół czynnik ludzki i wierząca, że świat się dzieje sam, na bazie jakichś praw czy (w ostateczności) mocą sprawczą instytucji, lecz przegina z rolą organizacji. Dobry przykład to jego główna teza – KOR (a raczej WZZ, nie o to tu jednak idzie) można uznać za krok ku "Solidarności", ale była to odpowiedź na wydarzenia w Ursusie i Radomiu, ich samych zaś nikt nie przygotował, choć oczywiście ktoś musiał to robić. Była to spontaniczna reakcja na podwyżki cen żywności. Powtórką tego był poniekąd rok 1980, z tą różnicą, że o ile pierwsze strajki były spontaniczne i minęły bez większego echa, bo Gierek w tym wypadku nie tylko nie strzelał (różni go to od reszty kacyków, a miał okazję 3 razy, w 71, 76 i 80), ale i nie bił, o tyle dopiero strajk gdański w wyniku trafienia na grunt zorganizowany stał się czymś więcej niż protesty dawniejsze (od Poznania 1956 do lipca 1980). Idzie zatem nie o bunt czy rewolucję w ogóle, a raczej o ich przypadki udane. Nonkonformiści swym działaniem zmieniają świat, lecz bez koniunktury niewiele zdziałają – z drugiej strony koniunkturę ktoś musi wykorzystać, bo nic samo się nie dzieje. Liczy się dopiero zbieg obu wymiarów (możliwości i działania). Dla nonkonformizmu można stwarzać warunki (Abramowski między bazą a nadbudową widzi sumienie, ale i baza na jego wybory wpływa, więc i ją się zmienia, by zmienić system i stworzyć warunki sprzyjające wyborowi wolności, wspólnoty itp., nie ich przeciwieństw).
Goodwyn ma rację pisząc, iż to nie intelektualiści uczyli robotników protestów (oni na nich żerowali, w 1905, 1976 czy 1980 aż po dziś). Czyn nie bierze się z idei a z życia – kto ich uczył? Oni sami ze swych doświadczeń, dlatego w Radomiu, Ursusie i Płocku w 1976 wyszli na ulice, ale w Gdańsku wtedy i w 1980 (dzięki doświadczeniu '70) woleli strajkować, czego próbowali już w drugiej fazie 1970 i w 1971. Władza też się uczy – skoro robotnicy nie wyszli na ulice – w '81 zaatakowała zakłady, a w '89 zakazała strajku solidarnościowego. Paradoksalnie pomógł jej błąd z '80 – ponoć KOR itp. uznały, iż robotnicy zwariowali, chcąc w 1 z 21 postulatów zgody na Wolne Związki Zawodowe, lecz komuna wierząc w swoją własną bajkę o inspirowaniu mas przez wrogie elementy nie dała im szansy, aby spróbowali ich od tego odwieść i... aresztowała ich; gdyby przyjechali robotnicy i tak nie pozwoliłby im na to, ale staliby się oni dla mas zdrajcami, a dzięki aresztowaniu mogli uchodzić wręcz za inspiratorów (!) Sierpnia '80 i przez wpływ na Wałęsę tak zmanipulować związek, że skończyło się to okrągłym stołem i zdradą Solidarności. Robotnicy, inaczej niż inteligencja, już w '70 rozumieli, iż socjalizm się zużył, nie wypaliły ani on, ani reformy w jego ramach, więc w '80 poszli w imidż narodowo-katolicki (sami z siebie czy ktoś im podpowiedział?). Własnego niestety nie odkryli, co też otworzyło drogę dla manipulacji, zastąpieniu formą treści w czasach drugiej "Solidarności". Goodwyn dostrzega brak formacji demokratycznych w świecie – komuna oskarżała kapitalizm o niesprawiedliwość społeczną i bezrobocie, on ją o łamanie praw człowieka i obywatela, ale oba systemy zwalczały demokrację pod pozorem, że służy drugiej ze stron czy anarchii. Żadna ze stron nie ma także interesu w uczciwym badaniu dziejów narodzin i rozwoju (dodałbym – i upadku) "Solidarności". Inteligencja niedoceniała ruchu robotniczego, wierząc, iż chodzi mu o kasę, a nie wolność i demokrację. Dziś, póki co, jest inaczej, robotnicy walczą o kasę na konsumpcję, co jest akceptacją systemu. Gdyby szło o demokrację w ekonomii, samorządną rzeczpospolitą – znów grałoby to zasadniczą rolę w walce z systemem. Za komuny już sama walka o kasę godziła w system, bo jego podstawą była produkcja nie konsumpcja, a przecież próbowano realizować to i przez przejęcie władzy w zakładach przez rady pracownicze. Inteligencja tego nie dostrzegała. W latach 40-tych nie wsparły walki w obronie samorządów partie opozycyjne wobec komuny, socjaliści i ludowcy, tymczasem po zduszeniu samorządności komuna bez trudu rozprawiła się z opozycją. Podobnie było i potem (bez ruchu robotniczego opozycja nic nie znaczyła, starczy porównać efekty protestów robotniczych w '56, '70 i '80, w wyniku czego upadały kolejne ekipy rządzące, z protestem inteligencji w '68, który przeszedł dla władzy bez echa).
Jak wyglądała robotnicza samoedukacja? Dla Goodwyna jej początek, po rozbiciu tradycyjnego ruchu związkowego po wojnie, to wydarzenia poznańskie, jednak, inaczej niż w klasycznym ujęciu, walki uliczne nie były początkiem, lecz raczej końcem tej fazy ruchu. Mało kto wie, że wydarzenia '56 to nie spontaniczny protest, a owoc długiej walki, jaką załoga zakładów Cegielskiego z Poznania toczyła z władzą (od kierowników wydziałów i dyrekcji zakładu po władze lokalne i centralne). Dopiero negocjacje w ministerstwie i złamanie słowa przez ministra zdecydowało o wyjściu na ulice, by zaprotestować przeciw polityce władz przy okazji międzynarodowych targów, na oczach świata. O ile załoga Cegielskiego zorganizowała się w ciągu miesięcy sporów, to inni uczestnicy protestu nie byli do niego przygotowani; część zakładów pracy miała kontakt z załogą Cegielskiego, dzięki czemu błyskawicznie przyłączyło się do pochodu, w centrum miasta jednak nikt nie umiał opanować tłumu, co doprowadziło do rozruchów i wejścia wojska do Poznania. Mimo stłumienia wystąpień robotniczych, napięcie w kraju utrzymywało się nadal, co partyjna opozycja wykorzystała do usunięcia ekipy rządzącej i zastąpienia jej Gomułką. Na fali walk wewnątrz partii reaktywowano i ideę samorządu, ale szybko okazało się, że komunizm nie lubi władzy rad – obok niechęci Gomułki (tego samego, co likwidował je w latach 40-tych) zdaniem Goodwyna zadecydowała o tym słabość załóg, ich brak doświadczeń i możliwości dzielenia się nimi z innymi zakładami. To na niszczeniu organizacji społeczeństwa i wymiany między różnymi grupami miała polegać cenzura, nie tylko kontroli mediów jak widziała to zainteresowana wolnością słowa inteligencja. W efekcie na ogół udało się bez oporu zmanipulować rady, a potem je zlikwidować. Potrzebny był inny pomysł, organizacja ludzi na skalę już nie zakładu a miasta czy całego kraju. Poznań był już na to za słaby, nowa jakość ruchu pojawiła się na Wybrzeżu.
Wedle Goodwyna o roli Wybrzeża zdecydował charakter pracy w portach – kontakty z robotnikami z innych krajów, co jest regułą w świecie (ruch robotniczy w portach ma o wiele radykalniejszy charakter niż w innych zakładach, co dotyczy i górników, ale ci nie są tak otwarci jak portowcy). Pierwsze protesty miały miejsce już w drugiej połowie lat 50-tych, gdy na Wybrzeżu doszło do antyradzieckich wystąpień, ale i strajków ekonomicznych, a nawet groźby akcji solidarnościowej stoczniowców w obronie rybaków, co starczyło, aby władze odstąpiły od represji za strajk. Do prawdziwego wybuchu doszło w Grudniu 1970, w reakcji na podwyżki cen żywności gdańscy stoczniowcy wyszli na ulice, podpalono komitet partii, rabowano sklepy, doszło do walk z milicją. I tu zaszło coś dziwnego, działacze partii w stoczni, nie chcąc dopuścić do ponownego wyjścia ludzi na miasto rzucili hasło strajku okupacyjnego. Była to mało już znana broń robotników polskich odkryta w latach 30-tych (wraz z polonią dotarła ona wówczas do USA, gdzie tą formę walki nazywa się strajkiem polskim). Paradoks na tym polega, że to, co miało ograniczyć ruch protestu stało się z czasem jego największą siłą. W Stoczni Gdańskiej robotnicy szybko przejęli władzę w utworzonym przez partię komitecie strajkowym, w Gdyni w ogóle nie wyszli na ulice, od razu rozpoczynając strajk, powołano tu także międzyzakładowy komitet strajkowy, choć było to nieco na wyrost – podobnie jak w Szczecinie opierał się on na sile paru zakładów, nie całego regionu. MKS rozpoczął układy z władzami lokalnymi, lecz władze centralne aresztowały obie strony, wzywając jednocześnie na przemian do pracy i pozostania w domach, co było najprawdopodobniej celową prowokacją – do idących do pracy zaczęto strzelać, doszło do rozruchów, podobnie jak w Szczecinie, choć tu szybko doprowadzono do układów między władzą i MKS, wojsko i milicja robotnicza wspólnie zaczęły patrolować miasto, a w efekcie sporów w samej partii Gomułkę zastąpił Gierek, który zrazu próbował zmanipulować robotników (słynne – pomożecie?), nie odwołano też podwyżki, ale kolejne akcje strajkowe w Gdańsku, Szczecinie i Łodzi (styczeń i luty) zmusiły go do ustępstw. Partia nie zgodziła się na wolne związki zawodowe, za to dokonano częściowo wolnych wyborów władz w oficjalnych związkach, dzięki czemu do ich kierownictwa weszli prawdziwi działacze niezależni.
Okazało się szybko, że podobnie jak w latach 40-tych i 50-tych, decydowanie przez robotników na dole niewiele znaczy wobec faktu, że lepiej zorganizowana partia może swoją wolę narzucić na poziomie centralnym, a tam, gdzie nie udawała się manipulacja stosowano represje (działaczy wyrzucano z pracy, zmuszano do emigracji, czasem nawet zabijano). Z drugiej strony w Gdańsku zaczął się tworzyć niezależny ruch robotniczy, między innymi w oparciu o obchody rocznicy masakry na Wybrzeżu w Grudniu '70. Po rozruchach w 1976, do których doszło w kilku miastach (znacznie liczniejsze były, o czym mało kto wie, strajki w całej Polsce) oraz represjach wobec robotników Radomia i Ursusa, opozycja inteligencka w Warszawie zorganizowała najpierw pomoc dla ofiar represji, a potem rzuciła hasło tworzenia WZZ, jednak brak efektów (w Radomiu zgłosił się tylko jeden człowiek) i obawa przed represjami wobec nielicznych działaczy sprawiły, że KOR wycofał się z tego, a nawet wystąpił przeciw komitetom założycielskim WZZ powstałym na Śląsku i w Gdańsku. KOR chciał dogadać się z reformatorami w partii, robotnikom proponując, aby dążyli do opanowania oficjalnych związków (nie mając ich doświadczeń, nie rozumiał, iż jest to ślepa uliczka, o czym robotnicy przekonali się już wiele razy). Tymczasem WZZ i gdańska opozycja wybrali inną drogę niż proponowana przez działaczy z Warszawy, tworząc własny związek (aż po jego jawne struktury), organizując wydawnictwa i akcje protestacyjne. Gdy w 1980 doszło do kolejnych strajków w odpowiedzi na kolejną próbę podwyżki cen, w odróżnieniu od reszty kraju byli oni przygotowani do walki o swoje postulaty znacznie wychodzące poza żądania płacowe. W innych ośrodkach (nawet kiedy strajk ogarniał całe miasto, jak w lipcu w Lublinie) starczyło dać trochę kasy, by strajk się skończył. W Gdańsku od razu zażądano obok podwyżki płac uczczenia ofiar '70 i legalizacji WZZ. Stocznia dostała swoje dość szybko i po 2 dniach chciano zakończyć strajk, ale na prośbę mniejszych zakładów podjęto wbrew nadziei władz strajk solidarnościowy, tworząc MKS, w którym już pierwszego dnia afiliowało się ponad 100 zakładów pracy z regionu gdańskiego. Dla Goodwyna ważnym momentem była odmowa negocjacji z władzami poza Stocznią oraz włączenie radiowęzła dla ich transmisji, aby cała załoga wiedziała, co jest grane. Pozwoliło to uniknąć manipulacji, budując wzajemne zaufanie strajkujących i dając poczucie siły. Inny element tej organizacji to sieć kurierów, których MKS wysyłał w Polskę. Gdy władze pod wpływem rosnącego zasięgu strajku (a więc uderzenia w punkt najczulszy dla władzy opartej o kontrolę produkcji) zdecydowały się na negocjacje z MKS, ten zażądał jako warunku wstępnego zaprzestania represji (zatrzymań i pobić) wobec kurierów i ponownego uruchomienia połączeń telefonicznych z resztą kraju, bowiem wiedziano, że tylko jawny obieg informacji może uniemożliwić władzy manipulację i rozbicie strajku przez brak zaufania i solidarności (momentem zabawnym jest fakt, że nieświadomy niczego Kuroń myślał, iż obrona osób wspierających strajk dotyczy jego i innych członków opozycji a nie kurierów, o których, jak zauważa Goodwyn, mało kto wie do dziś).
Jak wspomniałem, kościół i opozycja, nie mając żadnego pojęcia o poziomie samoorganizacji robotników i bojąc się powtórki masakry z '56 czy '70, wzywały strajkujących do ograniczenia protestu, a przynamniej rezygnacji z 1 z 21 postulatów, czyli zgody władz na legalizację WZZ. Z taką sugestią zjawili się wysłani do Stoczni ich przedstawiciele, Geremek i Mazowiecki. Szybko zauważyli jednak, że jest to niemożliwe, robotnicy czuli swoją siłę a z drugiej strony wiedzieli, że żadne inne obietnice władz nic nie znaczą, jak nie będzie miał kto pilnować ich realizacji, więc nie mogą z WZZ zrezygnować. Wałęsa zgodził się jednak przyjąć pomoc ze strony doradców, co potem miało okazać się dla związku poważnym problemem (będzie jeszcze o tym w dalszej części tekstu). Tymczasem rozwój strajku (w tym i kolejne MKS-y w Szczecinie i Elblągu) zmusił władze do ustępstw, doprowadzając do powstania "Solidarności", co jednak nie było końcem walki, bowiem władza nie miała zamiaru pogodzić się z istnieniem zorganizowanego, czyli istniejącego na serio społeczeństwa. Sposoby były dwa – sztucznie wywołane przez rząd trudności w zaopatrzeniu aż po granice głodu i utrudnienia działań niezależnych po ataki na działaczy związku z prowokacją bydgoską (III '81) na czele (szło o pobicie przywódców regionu, obecnych na spotkaniu z lokalnymi władzami). O ile na dole związku prowadziło to do radykalizacji (dążeń do objęcia kontroli nad produkcją przez oddanie zakładów pracy samorządom pracowniczym, jak w latach 40-tych i 50-tych, czy wręcz akcję bezpośrednią w postaci strajku czynnego), góra była skłonna do ugody i samo-ograniczania rewolucji, w dużym stopniu pod wpływem tzw. doradców. Owocowało to m.in. ciągłym odwoływaniem strajku generalnego (warto w tym miejscu zauważyć, że strajk generalny, podobnie jak idea solidarności oraz organizacja regionalna związku zamiast branżowej są elementami typowymi dla syndykalizmu). W tym momencie chcę zwrócić uwagę na niekonsekwencję Goodwyna, który z jednej strony docenia fakt, iż w 1980 to strajk był podstawą siły robotników, a z drugiej uważa, że gaszenie pożarów (= tłumienie lokalnych protestów) przez elitę "Solidarności" i opozycji było lekcją demokracji, zaś radykalizm szedł w złym kierunku, co w dużym stopniu wynika z fascynacji paru osobami z Wałęsą, Geremkiem i Mazowieckim na czele i widzenia "Solidarności" przez ich pryzmat (podobnie z postaciami negatywnymi, jak Kuroń będący uosobieniem złej inteligencji. Goodwyn nie lubi też Gwiazdy i jego zasad, ale to on miał rację, choć może nie jako realista polityczny, bo bez nich w "Solidarności" nie ma nic niezwykłego. Goodwyn kłamie wręcz, gdy mówi o wycofaniu się Gwiazdy z polityki, co realnie polegało na uwięzieniu go przez komunę, potem zaś przemilczaniu czy potępianiu oszołomów przez elity opozycji; mimo to był on aktywny nie do 13 XII '81, a do '93, co znam z autopsji). Sądzę, że to właśnie ugodowa postawa przywódców opozycji skłoniła rząd do ataku na społeczeństwo 13 grudnia 1981 (czasem mówi się o mniejszym źle, większym miała być rzekomo interwencja radziecka, ale wedle badań nic nie wskazuje na to, by ktoś w Moskwie gotów był do tego, a rzeczywistym większym złem w oczach władzy było zorganizowane społeczeństwo i to je wówczas likwidowano).
Pisząc o stanie wojennym, Goodwyn popada w daleko posuniętą abstrakcję, widząc jedynie rozgrywki personalne KOR z Wałęsą (osób, które w gruncie rzeczy niczym się w dążeniu do kontroli czy wręcz gaszenia aktywności społecznej nie różniły) oraz msze za ojczyznę i trwanie idei / oporu, za to pomija całkowicie walki uliczne, co wynika zapewne z jego niechęci do przemocy – choć biały, był uczestnikiem ruchu M.L. Kinga w USA. Niewiele też u Goodwyna można znaleźć o narastającym konflikcie elity opozycji, Wałęsy i doradców, z grupami radykalnymi, tak wewnątrz związku, jak i coraz częściej poza nim, bowiem taka "Solidarność" nie tworzyła możliwości samorealizacji coraz liczniejszym grupom, szczególnie młodym (zaowocowało to m.in. powstaniem grup anarchistycznych – i to znam z własnego w tym udziału, co podkreślam ze względu na wagę jaką do osobistych doświadczeń przywiązuje Goodwyn). Podobnie ogólnikowo pisze o ugodzie z '89, a przecież było to całkowite zaprzeczenie idei "Solidarności" (miast oddolnej inicjatywy społecznej układ odgórny kosztem ogółu). Wynika to zapewne z chęci nie negowania swych fascynacji = przedmiotu badań, a więc ruchu "Solidarności" i wodzostwa Wałęsy. Uznając klęskę ruchu czy zapędy dyktatorskie wodza wprost, musiałby w wielu miejscach zweryfikować swą wersję wydarzeń. Daje to w efekcie pracę bardzo nierówną, w pierwszej części (do pojawienia się Wałęsy i "Solidarności") niezwykle ciekawą i obiektywną, w drugiej powierzchowną i często sprzeczną z własnymi założeniami autora. Brak mi w niej też paru elementów, np. słabo omówiona kwestia idei Samorządnej Rzeczpospolitej. Goodwyn nie zna pracy "Bój o samorząd" Szymona Jakubowicza, będącej, obok jego własnej, jedną z nielicznych prób całościowego ujęcia historii powojennego ruchu robotniczego w Polsce. Goodwyn bardziej skupia się na wymiarze związkowym niż samorządowym, uznając po części rady za element manipulacji ze strony władz – czy z powodu mieszania ich z radami zakładowymi oficjalnych związków zawodowych? Nie wiem, na ile wynika to z jego opcji klasowej, kiedy dla mnie większa różnica jest między Gdańskiem i Warszawą niż robotnikami i inteligencją, gdy szło o kwestię walki z komuną w '80. Wizja Goodwyna do złudzenia przypomina J. Machajskiego z jego niechęcią do inteligencji, co sprawia, że obraz staje się u niego czarno-biały i Wałęsa jest demokratą tylko dlatego, że to robotnik, choć nawet Goodwyn widzi jego tendencje autorytarne czy zbieżność polityki z niby-wrogim KOR'em. Nie zmienia to faktu, że inteligencja ukradła mit "Solidarności", w '89 za stołki rozmieniając go na drobne przy okrągłym stole – o tym jednak u Goodwyna niewiele, musiałby bowiem uznać klęskę ruchu i podważyć wagę nauki, jaka z niego wyrasta, a to uderzyłoby w całą jego pracę.
Ciekawe – choć czasem kontrowersyjne – są rozważania teoretyczne Goodwyna (nb., język pracy jest dość trudny – akademicki i do tego amerykański: politykę demokratyczną chętnie zastąpiłbym aktywnością społeczną np.). Bliska mi, oprócz tego, że ktoś musi życie społeczne zrobić, bo nie dzieje się ono samo, jest kwestia jego widzenia, a ściślej – wyjaśniania błędów (zawsze uważałem, że nie wystarczy powiedzieć jak jest według mnie, ale trzeba wyjaśnić skąd biorą się błędy innych wizji). Dla Goodwyna jest to wynik oglądania ruchu z zewnątrz bez udziału w nim. Siłą ruchu jest komunikacja wewnętrzna i powszechna partycypacja – alienacja elity sprawia, że ruch słabnie i musi utrzymywać się przemocą (wobec swoich i obcych). Goodwyn widzi też głęboką różnicę między demokracją dawną i współczesną – w greckich polis, włoskich komunach, Anglii Cromwella i walczących o niepodległość USA (nie zna tradycji I RP, a może nie chce znać, bo nie-ludowa? Inteligencji zarzuca szlacheckie korzenie, jako źródło elitaryzmu) demokrację tworzyli obywatele, system były tym czym zorganizowane społeczeństwo, ale pojawienie się rynku rodzi zanik wolnej pracy i skrajne dysproporcje socjalne, a dla tych, co wierzą w ideały, jedynym wyjściem jawi się interwencja władz w ekonomię. Spór skupia się na jej zakresie, toczą go partie polityczne, ich wolę realizuje biurokracja, dla amatorów na co dzień nie ma już miejsca w takiej demokracji. Rynek rodzi de-socjalizację – w tym świecie praca i system nie są moje, teoria nic tu nie zmieni bez codziennej (!) praktyki. Goodwyn w "Solidarności" widzi odrodzenie ideału (coś jakby trzecią drogę w odwrotnym kierunku niż pozostałe). Nie przewidział, iż jego pupil do spółki z komuną to obali, iż "Solidarności" upadnie, iż nie będzie dalszego ciągu; nie jest nim demokracja rynkowa, co przegięła w drugą, i to poniekąd trudniejszą do kontestowania, stronę? "Solidarność" była inna, normalnie walczy elita, czasem klasy, rasy czy narody, a tu całe społeczeństwo (nie partia, a naród – to też element starej demokracji, nb. – silny w I Rzeczpospolitej).
Warunek rewolucji to według Jeffersona i Mao zdolność do publicznego oporu wobec władzy, która nie bierze się z objawienia prawdy o ucisku jak sądzą agitatorzy, bo ludzie sami wiedzą jak jest, ale boją się wyjść poza rutynę. Gdy robi to elita, mamy ugrupowanie polityczne, gdy masy – ruch społeczny. Uzyskać udaje się to tylko w praktyce, ale, to opis, nie przepis, co osłabia pożytek z tej wiedzy (zaś w świetle założeń Goodwyna tego właśnie się oczekuje, sam stwierdził, że chciał, by poznanie "Solidarności" stworzyło dla innych wiedzę o prawdziwej demokracji i to nie tylko teoretyczną). Dziś zadymy i media (to w praktyce to samo) nic nie dają – bo wolno to robić – pogłębia się tylko szum informacyjny rynku. Pomysłem mogłaby być solidarność, strajki o zasadę a nie kasę, ale nie ma na to chętnych. Równie trudno ją uzyskać z drugiej strony, jako konsument (nie producent) w postaci bojkotu rynku. Dziś w system łatwiej byłoby ugodzić takim strajkiem, być może czynnym (robienie tego, czego się potrzebuje, samemu miast kupowania na rynku), co idzie zresztą ku przywróceniu bazy dla dawnej demokracji, gdzie człowiek sam dla siebie produkował towary, kulturę i system. Póki co ogół woli ofertę rynku – kup! W efekcie nie tylko inteligencja nie umie już sama wydawać swych papierów i czeka, aż ktoś wyda i zapłaci prawa autorskie, ale i chłop umiera z głodu, jeśli nie kupi jedzenia w sklepie. Stąd też skupienie słabnącego ruchu związkowego na walce o kasę na konsumpcję (czy przeżycie?) zamiast walki o samorząd pracowniczy. Czy idea Solidarności jest już tylko historią i największa szansa ustanowienia rzeczywistej demokracji stała się kolejnym mitem (a może i to nie, przynajmniej u nas, przez rozczarowanie tym, co się stało po '89)?
Książka Goodwyna dostępna jest i w wersji internetowej (http://www.goodwyn.pl). Pełniejszą wersję mojej recenzji (tu z konieczności musiałem wiele spraw pominąć) można otrzymać pisząc na mój adres (jwal@pg.gda.pl).
Jany Waluszko
PS. Już po napisaniu recenzji przeczytałem pracę Jerzego Eislera Grudzień 1970 (Warszawa 2000), w świetle której widać, iż Goodwyn i w tym temacie nie jest zbyt dokładny, choć tu i uczonym, mającym dostęp do archiwów, trudno o precyzję, zaś błędy Goodwyna nie wpływają zasadniczo na obraz zdarzeń tak, jak w wypadku Wałęsy i "Solidarności".
Jany Waluszko - ur. 1962 r., działacz społeczny z Gdańska, współtwórca i uczestnik Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. ----- Original Message -----
Die auf Weblogs sichtbaren Daten und Inhalte stammen von
Privatpersonen. Beepworld ist hierfür nicht verantwortlich.


