Du befindest dich in der Kategorie: Politik - Standpunkt - OPINIE
Pawlokoma POST SCRIPTUM - tekst z listy pluk@klub.org.pl
Oto po raz kolejny w naszej historii stajemy pod jej pręgierzem. Trudna to i bolesna dla mnie i wszystkich rodaków kwestia. Polacy – mordowali i to równie bezwzględnie jak ich oprawcy- banderowcy. Czy zasługują więc na to, by nadal upominać się o krzywdy swoich setek tysięcy zabitych przez nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu, Podlasiu, Polesiu, w Małopolsce Wschodniej, braci? „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”? Prosta i znana formuła, zaproponowana przez Ukraińców, która w jakże wygodny dla ukraińskiej strony sposób ma zamknąć usta badaczom banderowskich zbrodni, po raz kolejny stawiając ich ofiary w dramatycznie trudnym położeniu w dążeniu do prawdy.
Dla nacjonalistów ukraińskich te obchody to sprawa pierwszorzędnej wagi. Mogą w kwestii wybielenia swej historii wygrać dużo, a jeśli sprawę Polacy potraktują jak Jedwabne- nawet wszystko. Dlatego przygotowywali się politycznie i propagandowo do tej uroczystości od wielu miesięcy, ba, może lat. Ta jedna wieś, to wielka szansa, by wreszcie uzyskali dla swoich bojców - morderców rozgrzeszenie i wybaczenie. Chcą Polakom, ale i światu pokazać- Polacy nie byli lepsi, więc nasze krzywdy się znoszą. Wszystko jest OK.
Szczególnie ważne są te obchody dla żyjących jeszcze na Ukrainie członków OUN- UPA i SS Galizien. Pokazanie wroga zewnętrznego ma rozwiać wątpliwości reszty Ukraińców- tych zza Zbrucza, którzy z mordami na Polakach nie mieli nic wspólnego. Nie jest też tajemnicą, że banderowska Służba Bezpeky ma na sumieniu dziesiątki tysięcy Ukraińców. Dzisiejsza Ukraina, choć w sposób zakamuflowany, dąży do całkowitej rehabilitacji OUN-UPA. Przy pomocy zaś pawłokomskich ofiar chce nobilitować nacjonalistów ukraińskich, chce uznania ich za kombatantów, wypłacania im rent wojennych.
Dlaczego zabieg ten może się udać i to nawet bardziej spektakularnie niż w wypadku Jedwabnego? Otóż dlatego, że Polacy swej najnowszej historii nie znają, a jeżeli nawet znają to niepełną i wykoślawioną. Wiedzą, choć z czasem coraz mniej, o okrucieństwach Niemców, czy Rosjan. O najstraszniejszych zbrodniach dokonanych na Polakach przez Ukraińców- nie wie prawie nikt. Tymczasem ich ludobójcza akcja to nie był zwykły masowy mord- oni bowiem nad swoimi ofiarami się pastwili w sposób potwornie wyrafinowany.
Czy w tych rozważaniach chodzi tylko o przeszłość, o zamkniętą, przebrzmiałą historię? O nie, po stokroć nie, choć mało kto w Polsce zdaje sobie z tego w ogóle sprawę. Dla nas problem Kresów, choć nie wyjaśniony, stanowi drobny margines zainteresowania społeczeństwa. Stał się zapomnianą przeszłością. Bo my Polacy mamy właśnie taką narodową wadę- łatwo, za łatwo zapominamy i równie łatwo uczynione nam krzywdy wybaczamy...
Szkoda, że tak rzadko szacowni krakowianie wypuszczają się na nasze dzisiejsze „nowe kresy”- do Przemyśla, Leska, Gorlic, Chełma, czy nawet Lublina, nie mówiąc już o innych, mniejszych miejscowościach. Gdyby to uczynili, przetarliby oczy ze zdumienia. W rejonach tych bowiem zaszły dramatyczne zmiany. O dziwo, więcej czasem słychać języka ukraińskiego, niż polskiego, w miastach, na niektórych domach powiewają sino-żółte flagi, na niektórych imprezach, koncertach, meczach, pojawiają się nawet inne: czarno-czerwone- banderowskie, a nocami z zakrapianych imprez nieciekawych dzielnic, dochodzi pomruk pieśni OUN „Ne pora, ne, pora, nam Lachy służyty...”. Nikt nie zwraca na to uwagi. Traktuje się to jak lokalny folklor bez znaczenia. Nie zastanawia, dlaczego akurat koło Lublina chuligani wrzucają do studni i kamienują dziecko - to złowrogi, wojenny trop. Taką „techniką” banderowcy masowo mordowali Polaków.
Jeszcze bardziej zdziwiliby się krakowianie, gdyby porozmawiali z władzami niektórych nowych „kresowych” miast i miasteczek. Znający historię międzywojnia- pomyśleliby- „a cóż to- wraca stare”? To przecież wszystko już w Rzeczypospolitej było.
To nie tajemnica- na naszych „nowych kresach” żyje coraz więcej Ukraińców. Widać to niemal wszędzie. Kupują kamienice, sklepy w centrach miast. Oplatają je pajęczyną dużych, zakupionych od Polaków gospodarstw- gdzie już po polsku się nie mówi, a i wstęp do których jest dla „innoplemieńców” niemożliwy. Tak dzieje się wokół Przemyśla.
Skąd ich tylu?
Z tego co dowiedziałam się z rozmów z władzami lokalnymi przyczyny są w zasadzie trzy.
Pierwsza, to narodowościowe ujawnienie się dużej grupy, która wcześniej „siedziała cicho”- a dziś posłała dzieci i wnuki do ukraińskich szkół, w których odradzają się jako Ukraińcy, bo wychowanie w nich jest stricte nacjonalistyczne. Nikt przez lata się tym nie interesował - efekty są spektakularne. Dziś na elewów niektórych ukraińskich szkół pasuje się dzieci „buławą Chmielnickiego” (przykład z okolic Olsztyna), a uczniom urządza się regularnie spotkania z banderowcami- kombatantami- przyjmowanymi w szkołach tych z pełnymi honorami. Niewątpliwie opowiadają podnieconej dziatwie, jak wyglądała „zahranna rizanina Lahiw”. Ciekawe, jaki Polak wpadłby na pomysł by sprawcom odwetu w Pawłokomie urządzać spotkania z dziećmi???
Grupa druga, to przybysze z innych części kraju, na pewno dzieci wielu rozproszonych po Polsce w wyniku Akcji „Wisła”, Ukraińców i Rusinów. Oni najczęściej kupują nieruchomości. Skąd mają pieniądze? Tu wieść lokalna wskazuje dosyć jednoznacznie, że są to pieniądze i to duże głownie z zagranicy (Kanady, USA, Wielkiej Brytanii) – bo tam mieszka najwięcej i to bogatych banderowców i postbanderowców. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że banderowcy którzy ocaleli, wywieźli w sobą z reguły ogromne kwoty w złocie, biżuterii itp. zrabowane żydowskim i polskim ofiarom, (może właśnie dlatego emigranci ci najczęściej nie cierpieli nędzy, kupowali sobie nietykalność, nazwiska, ba, szybko „ustawiali się” w tych krajach politycznie i biznesowo.
Przypominam tym z państwa, którzy mają jakieś złudzenia, że nie istniał banderowiec, upowiec – nie-morderca, bowiem by zostać członkiem tej organizacji trzeba było być zaprzysiężonym- najczęściej na broń- karabin, ale nie mogło to się stać, zanim nie zabiło się wybranej osoby- najczęściej wybranej przez organizację. W dokumentach brzmi to dość sucho: weź sobie „Lacha lub Lacku detynu” i zabij go. Czasem była to rodzona matka, żona- Polka i wspólne dzieci, czasem kuzynka, przyrodni brat. Autorka dysponuje ogromną ilością dokumentów na ten temat.
Skąd pomysł osiedlania się właśnie tam ludzi, którzy wcześniej niekoniecznie mieszkali w tych okolicach? Tu z kolei słyszymy plotkę, że są to dyrektywy z organizacji postounowskich, dotyczące osiedlania się właśnie w tych rejonach, w celu zmiany ich struktury narodowościowej, a co za tym idzie, wystąpienia do gremiów międzynarodowych o zwrot „prawowitym właścicielom zagarniętych po wojnie ziem ukraińskich”. Jestem pewna, że w tym kierunku przygotowywane są już programy propagandowe dotyczące „Operacji Wisła”. Dlatego ze smutkiem myślę, jak po raz kolejny rozegrają niedługo „obchody” Operacji „Wisła”.
Trzecią grupę Ukraińców stanowi napływająca masowo emigracja „zarobkowa”, co przy jednoczesnym opróżnianiu się tego terenu z polskiej młodzieży, dla której brak dobrze płatnej pracy i perspektyw rozwoju, staje się powoli poważnym problemem.
Tu pewna dygresja. Bardzo wzrosła oficjalna ilość Ukraińców- autochtonów. Przez lata było ich oficjalnie kilkadziesiąt tysięcy. Teraz sami dumnie mówią oni o kilkuset – 500- 600 tysiącach. Skąd takie „cudowne rozmnożenie”? Otóż Ukraińców, jak przed wojną, „hoduje” się- anektując m.in. w ukraińskość wołoskich Łemków . Bardzo wielu repatriowało się jako Polacy (bali się sowieckiego raju, kolaborowali z Niemcami, lub ounowcami czy upowcami). Przez dziesiątki lat żyli na naszych ziemiach zachodnich ukryci. Niestety nie brakowało i takich z krwią polską na rękach. Nie chcę tu obrażać oczywiście ludzi uczciwych i żyjących chociaż z minimalnym poczuciem lojalności do swojego kraju, Polski. Jednak budzi we mnie ból, z jaka nienawiścią i zajadłością wypowiadają się o Polsce niektórzy jej dzisiejsi ukraińscy mieszkańcy. Uznali oni chyba, jak Niemcy po upadku berlińskiego muru, że dość mimikry. Tak więc nacjonalizm ukraiński najgorszej antypolskie próby, szerzy się, jak przed wojną, w większości ukraińskich szkół i liceów. Liderem jest liceum ukraińskie w Legnicy. „Po owocach ich poznacie”- absolwentem tej szkoły jest probanderowski do bólu p. Paweł Smoleński z „Gazety Wyborczej”. Zasługi tej gazety na polu dezinformacji na temat historii Polski, a szczególnie stosunków Polski z jej mniejszościami narodowymi, można zresztą uznać za majstersztyk. Podobnie, coraz bezwzględniej, poczyna sobie periodyk ukraiński „Nasze Słowo”, finansowany przez polskich podatników. Pozostaje bezkarny, mimo setek interwencji o fałszywość i tendencyjność podawanych tam treści, o proupowskie nastawienie, wybielanie zbrodniarzy, czasem wręcz antypaństwowe działania. Równocześnie pismo to w sposób skandaliczny od lat obrzuca błotem Armię Krajową. Nikt redaktorowi Tymie zrobić nic nie może. Mało tego, staje się gwiazdorem telewizji, kiedy tylko jest szansa w Polaków uderzyć- zawsze jest ze swymi probanderowskimi poglądami na miejscu. I znowu jest bene. Wszystko zrozumieć mogę – jest w końcu wolność nawet pornografia ukazywać się może – ale dlaczego za nasze pieniądze mamy dostawać po głowie?
Nie brak i złych sygnałów z uczelni – na przykład Uniwersytet Jagielloński zatrudnia jako profesora na Wydziale Politologii, językoznawcę (sic!) polskiego ukraińskiego czy raczej ruskiego pochodzenia, znanego ze swych jednoznacznie proounowskich i probanderowskich poglądów, których nigdy nie ukrywał, a na swojej Ukrainistyce zawsze niemiłosiernie tępił Polaków (w zasadzie nie byli oni w stanie tam studiować bez perfekcyjnej znajomości ukraińskiego, którego poszli się tam przecież uczyć, był to więc kierunek „tylko dla Ukraińców”- też za polskie pieniądze). Jako profesor (przypominam- jezykoznawca ukraiński) będzie recenzentem prac magisterskich, doktorskich, habilitacyjnych, dotyczących stosunków polsko- ukraińskich na tym wydziale. Proszę zgadnąć jakie to będą prace: rzetelne, prawdziwe, zgodnie z wiedzą historyczną? Mam taką nadzieję, ale czegoś słabą. Co ciekawe, nowy profesor politologii ściągnął już sobie do nauczania naszej młodzieży posiłki kadrowe... z Ukrainy. Czyżby w Polsce był tu jakiś brak? Czy uniwersytety mają jakieś problemy z politologami, których kształcą tysiącami? A może chodzi o coś jeszcze innego, ale o co? Faktem jest, że władze uczelni nie widzą w takich działaniach nic zdrożnego. Odradzano mi pisanie o tej kwestii. Ale przecież coś tu jest nie jest w porządku. Jeżeli badacz, po raz kolejny, musi się bać zabierać głos w sprawie dotyczącej polskiej racji stanu, polskich dziejów. Na Boga! Dlaczego ma się bać? I czego?
A to tylko jeden przykład z bliskiego poletka. Sytuacja ta przypomina mi nieco ową „nieznośną lekkość bytu”, która skłoniła dyrektora muzeum na Majdanku do zgody na krzykliwe, hippisowskie przedstawienie muzyczne na miejscu kaźni – głupota czy brak wyobraźni? A w sumie rozpacz i zgroza.
Czy opisywane zjawiska to jakaś fobia czy konfabulacja? Ależ, nie! To wszystko dzieje się wokół nas naprawdę. Wystarczy na „nowe kresy” pojechać i zobaczyć na własne oczy, chyba, że problemu, podobnie jak na Opolszczyźnie, widzieć się po prostu nie chce, bo tak jest wygodniej.
Większość młodych ludzi, z którymi się zresztą na co dzień stykam, rozumuje tak: „Komu to dzisiaj przeszkadza, kupować, sprzedawać? Gadać może każdy, gdzie chce, co chce i do kogo chce i na dodatek językiem, jakim mu się podoba. To wchodzi w skład współczesnego demokratycznego, liberalnego państwa. To jest norma.” Norma, to u nas tolerancja rozumiana w specyficzny sposób. Zawsze z upośledzaniem praw większości – przez zarzucanie jej nietolerancji. Nietolerancji z powodu stawania w obronie większości i prawdy zaznałam już tyle, że mogłabym o tym tomy napisać. Inne poglądy niż „poprawne” to patologia, szowinizm, ojciec Rydzyk, i jeszcze większe okropieństwo. Tak wygląda nasze polskie rozumienie tolerancji. Ale czytając co piszą nasi ukraińscy sąsiedzi i współobywatele... Oni podchodzą do sprawy historii zgoła inaczej. Dla nich po prostu ta wojna się nie skończyła, bo nie uzyskali celu maksymalnego. Nie zrealizowali planu „Wielkiej Ukrainy” i nadal tysiące, setki tysięcy biednych Ukraińców cierpi pod polskim butem, w niewoli, niemal pod okupacją. Tak piszą, drodzy państwo, i tak myślą skrajni ukraińscy nacjonaliści na żyjący na Ukrainie i co gorsza- w Polsce. Jeśli niechcący zagłębimy się w plany ukraińskich nacjonalistów mających w ostatnich czasach tak wielki wpływ w rządzie dzisiejszej Ukrainy, to nie wygląda to ciekawie. Po pierwsze na mapach, ale i w planach owych nacjonalistów nasze „nowe kresy” figurują jako ziemie Wielkiej Ukrainy, których oni nigdy się nie zrzekli, a uważają za tereny swoje. Gdzie się kończą – gdzieś pod Warszawą i Krakowem (nawet Nowy Sącz już po tamtej stronie). Przypominam, że Polska oficjalnie zrzekła się wszelkich żądań terytorialnych w stosunku do swoich byłych województw wschodnich. Ukraina oficjalnie tych ziem nie zrzekła się nigdy – czeka.
Czy scenariusz zakładający odpadnięcie „nowych kresów” od Polski jest tak nierealny jak nam się zdaje? Otóż nie. Sprawa Pawłokomy- jednej wsi w której stało się nieszczęście – dokonano okrutnego i godnego potępienia aktu zemsty za lata zdrady i mordu, nie może stać się bowiem pretekstem do dalszych ustępstw, żądań rozszerzających ukraiński stan posiadania na tych terenach.
Jako historyk badający stosunki polsko-ukraińskie w II Rzeczypospolitej znajduję w dzisiejszym położeniu „nowych kresów” wiele analogii do przeszłości. Oczywiście nigdy nie jest tak samo, ale pewne schematy postępowania stron pozostają te same, są wypracowanym kulturowo postępowaniem. Może dlatego moje lęki – od Chmielnickiego, przez kolejne powstania kozackie i Humań, masowe mordy Polaków w Galicji roku 1918-19, terroryzm UWO- OUN w międzywojniu, potem ludobójstwo Polaków lat 1942-45... nie napawa to optymizmem, bo nie jest wyjątkiem, a wielowiekową regułą.
Sygnalizowany wcześniej odpływ naszej młodzieży i inteligencji z tych pozbawionych pracy i sensownych perspektyw terenów – też znajduje swoją analogię... w dziejach Lwowa po I wojnie światowej, w jego postępującej ukrainizacji. Miasto najbardziej polskie i najwierniejsze z wiernych, po odrodzeniu państwa polskiego, zaczęło dramatycznie tracić na znaczeniu, a inteligencja i najbardziej operatywni mieszkańcy wyjechali do Warszawy, Poznania. W mieście zapanował pogłębiający się marazm. W opróżnione miejsce przyszli Ukraińcy; kupowali domy, sklepy, fabryki. Czynili to planowo, nie tylko tam, ale we wszystkich większych polskich z ducha i ludności kresowych miastach. Akcje ta wspomagał metropolita Andrij Szeptycki i emigracja ukraińska z Kanady... Nacjonaliści ukraińscy nazywali to „walką o miasta”. Nie wchodząc w teorie spiskowe, można zjawisko to obserwować na żywym przykładzie dzisiejszego Przemyśla- sztandarowego miasta, którego rewindykacji domagają się nacjonaliści ukraińscy. Polska nie widzi lub nie chce widzieć problemu. Nie zauważa jak duże grupy Ukraińców przemieszczają się na ten teren w ostatnim tylko czasie. Trwa zakładanie coraz nowych ukraińskich, szkół, klasztorów greckokatolickich, seminariów, których ilość i zamożność przekroczyła już dawno wszelkie granice zdrowego rozsądku dla tak niewielkiej miejscowości. Analogia do zdarzeń z przeszłości nasuwa się sama.
Czy mogę się mylić- chyba nie. Z rozmowy z władzami miasta Przemyśla dowiedziałam się, jak przebiegała „wizytacja” pana Juszczenki w Przemyślu po zwycięstwie „pomarańczowej rewolucji”: otóż przyjechał spotkać się z miejscowymi Ukraińcami- przeszedł się dostojnie po mieście i zaczął palcem wskazywać budynki „te, te, tamte...”, do zwrotu Ukraińcom. Tu – mówił - była przed wojną „Proświta”, tu „Ridna Szkoła”, tu „Centrosojuz” - czy inna ukraińska organizacja – oddawać! Przedstawiciele władz samorządowych byli zszokowani- wszak Polacy po tamtej stronie granicy nie mają żadnych przywilejów, a tam były tysiące polskich przedsiębiorstw, szkół, związków – i nic. Nawet we Lwowie – tak bogatym we wspaniałe polskie świątynie, kościół polski, to pożal się Boże, drewniana świątynia – jakże to? Jak można. Nie chcieli „zadrażniać” - zmilczeli.
Czy na tym koniec? Też nie. Na wieść o mającej się odbyć- rok temu w Przemyślu konferencji polskich kresowian, doszło do rzeczy jeszcze bardziej wstrząsającej- po ukazaniu się w „życzliwej” „Gazecie Wyborczej” artykułu, jakim skandalem jest „drażnienie ukraińskiej ludności Przemyśla tego rodzaju pomysłami”, „burzącymi wspaniałą atmosferę po „pomarańczowej rewolucji” i niszcząc tym samym współpracę polsko - ukraińską”, ruszyła lawina. Najpierw władze administracyjne i samorządowe, które objęły patronat nad konferencją, zostały w bezprecedensowy sposób zaszantażowane przez przedstawicieli władz kościoła greckokatolickiego (ukraińskiego), że jeśli do konferencji dojdzie to na głównym placu miasta nie powstanie planowany pomnik Jana Pawla II (było to wkrótce po śmierci Naszego Papieża) – bo pół tego placu należy do nich i oni się nie zgodzą. Ale był to dopiero początek- potem była interwencja- list ambasady Ukrainy „że sobie tego w mieście Przemyślu nie życzą”, a po tym liście karnie i w szeregu interwencje kilku ministerstw. Aby konferencję unicestwić interweniowały kolejno: Ministerstwo Kultury – doprowadziło do odebrania obiecanych na wystawę sal w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej, Ministerstwo Spraw Wojskowych – odwołało zgodę na obrady w Klubie Garnizonowym (referaty dotyczyły Jałty i nowych porządków pojałtańskich), potem kolejno Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wewnętrznych. One z kolei przez swych przedstawicieli starały się naciskać na władze lokalne. Konferencja zawisła na włosku. Jednak władze Przemyśla nie wygnały swoich rodaków- starych kresowiaków (średnia wieku ponad 75 lat) z polskiego (czy jeszcze, jak długo?) miasta. Tak więc jedynie postawa tych dzielnych ludzi – czy to przypadek, że jak się potem dowiedziałam, byli z PiS-u i władz kościelnych- uratowała seminarium. A może, było to jeszcze coś innego – Boża Opatrzność – bo i z metafizyką mamy tu do czynienia. Kiedy przyjechałam późno w nocy do Przemyśla, zresztą nie z Krakowa, a z warszawskich archiwów – i zatrzymałam się w klasztorze, gdzie zapewniono nam nocleg, zobaczyłam obraz wręcz niesamowity. Siostrzyczki zakonne klęczały i modliły się o cud - by ktokolwiek zgodził się w mieście udostępnić salę na obrady – i cud się stał – sale się jednak znalazły. Kilkadziesiąt stareńkich osób które godzinami jechały z najdalszych zakątków Dolnego Śląska, Zielonogórskiego, Szczecina – nie przyjechało na próżno. Co do wystawy - cóż trafiła do zimnych i ponurych podziemi kościoła – ale, jak powiedzieli księża „wszystko zatacza koło” i wraca do źródeł. W tej samej zimnej piwnicy rodziła się lata temu „Solidarność” i odrodzona Polska w Przemyślu.
Podsumowując. Zbrodnia w Pawłokomie pozostanie zbrodnią, nikt i nigdy nie powinien jej usprawiedliwiać, ani przemilczać. Winnych zbrodni należy potępić za złamanie praw ludzkich i boskich – nie zabijaj. Tego samego i tylko tego żądamy od naszych braci Ukraińców – potępienia zbrodni, a nie... budowania oprawcom pomników i panteonów sławy. Inaczej ich prawo do sądów nad odwetem w Pawłokomie jest bardzo niskiej próby.
Budujące jest to, że Polacy pochylając się nad ta zbrodnią, nie mają żadnych wątpliwości, że była złem strasznym i tak postępować nie wolno nigdy i nigdzie na świecie. Wiemy o tym, mimo że znamy okoliczności, które pchnęły Polaków do takiego czynu i mamy świadomość, że takich pojedynczych wsi w których dochodziło do masakr w czasie ostatniej wojny było tysiące. Były to wsie polskie. litewskie, ukraińskie, białoruskie. Nawet tu na południe od Krakowa czy Kielc, pacyfikacje, mordy na kobietach, dzieciach były regułami tej strasznej wojny. Takie podejście do tej tragedii świadczy o tym, że jesteśmy narodem zdrowym psychicznie i zdolnym do rozróżniania dobra i zła.
Moje obawy budzi, by strona Ukraińska przy tej okazji nie zwekslowała propagandowo planowanej, masowej, morderczej czystki etnicznej na Kresach, tj. eksterminacji ludności żydowskiej, polskiej, ormiańskiej, rosyjskiej i czeskiej. Wiemy, że sumaryczna liczba ofiar ukraińskich faszystów- (też zresztą przedwojennych polskich obywateli) sięga kilkuset tysięcy. Tego żadna propaganda, pana Tymy ze Związku Ukraińców w Polsce, Motyki czy innych, chcących na Pawłokomie zbić polityczny kapitał dla swoich banderowców, nie zmieni. Pamiętajmy więc - o ludobójstwie Polaków na Kresach wie i chce pamiętać (poza najbliższymi ofiar) jedynie garstka Polaków, kilka kombatanckich organizacji, garstka zestresowanych ciągłymi szykanami badaczy. To największy triumf komunistów i J. Gierdroycia . Nie chcą o nich wiedzieć i „nie zauważają” od lat polskie media.
Wybranie tej miejscowości- gdzie suma zbrodni ukraińskich, które doprowadziły do nieszczęścia była tak duża, a kolaboracja z Niemcami tak jawna- może najdobitniej świadczy o prawdzie historycznej. Trzeba mieć naprawdę dobre samopoczucie, brak wrażliwości, wartościowanie moralne naruszone i nie chcieć znać historii, by sprawę tę dać na sztandar hasła „wybaczamy i prosimy o wybaczenie....” Ja czuję się takim postawieniem sprawy po prostu obrażona. A może liczą znowu na nasza naiwność i głupotę?
O Pawłokomie - jednej wsi wiedzieć - będzie świat cały, bo zadbają o to liczne postounowskie, postbanderowskie elementy, zasobne pieniędzmi zrabowanymi od żydowskich i polskich ofiar, i darami nacjonalistycznej emigracji z Kanady, USA, Wielkiej Brytanii... Będzie tak jak po Jedwabnem. Polacy znowu wyjdą z tych „obchodów” mniej lub bardziej pokaleczeni, i skłonni do nowych ustępstw. Jakich? Czas pokaże... Rachunek prawdopodobnie już czeka.
O tym, że może trwa walka o „nowe polskie kresy” nie pomyśli na pewno przy tej okazji nikt i o to wszak nacjonalistom ukraińskim chodzi.
http://donbas.blox.pl/html//1310721,262146,21.html?195307
przeciwko nazywaniu upowców kombatantami - POLSKO-POLONIJNA Organizacja Narodu Polskiego - Liga Polska
Oświadczenie
POLSKO-POLONIJNA Organizacja Narodu Polskiego - Liga Polska wyraża stanowczy protest wobec prób nadania praw kombatanckich zbrodniczym, faszystowskim formacjom OUN - UPA, przez Prezydenta Ukrainy.
Owa "armia" oprawców dziesiątków tysięcy polskich dzieci, kobiet, starców, współmałżonków Polaków, zamęczonych w sposób często tak okrutny, że przechodzący ludzką wyobraźnię, także tysięcy Żydów, we współpracy z hitlerowcami - ma czelność żądać dla siebie przywilejów, uznania za swoje zbrodnie.
Nie ma mowy o żadnym pojednaniu polsko-ukraińskim, inspirowanym zresztą odgórnie przez siły nam obce, bez ekspiacji za zbrodnie ze strony władz i społeczności ukraińskiej.
Na razie nic na to nie wskazuje, by coś drgnęło na lepsze w duszy ukraińskiej.
Równie niestosowne, graniczące ze skandalem i z kalaniem dobrego imienia Polski, będzie przepraszanie Ukraińców w imieniu Narodu Polskiego przez Prezydenta Polski, za słuszne akty samoobrony polskiej i sprawiedliwości.
Prosimy to wziąć pod uwagę Panie Prezydencie przed sobotnim spotkaniem z Prezydentem Ukrainy.
Zarząd Główny Partii
http://www.onp-lp.org/pd66.php
----- Original Message ----- From: Biuro ONP-LP To: SOWA Sent: Thursday, May 11, 2006 11:28 PM Subject: protest
Objavio sowa u 12.5.2006 00:44 | 0 komentara
http://sowa.mojblog.co.yu/permalink.aspx?id=26070
Samstag, 06. Mai 2006
ekspiacje i ekspropriacje - zydzi zydom gotuja ten bigos: Stanislaw Michalkiewicz, ujawnic, ujawnic
Oficyna Konserwatystów i Liberałów Janusz Korwin-Mikke - Lista Wildsteina:
| IPN BU 00249/277 | KORWIN-MIKKE JERZY |
zapytuje, czy można to ujawnić, a następnie publikuje jakieś bajery, passenty i michałki, które mają udowodnić, że żyd i liberał Michałkiewicz, kolega żyda JK-M IPN BU 00249/277 to nie ten żyd, co objawił się Polakom za neokatechumenat w Radio Maryja i że nie są to porachunki żydów między sobą o rząd Polaków ale, że są to akcje ekspiacyjne dobrodusznych, żydowskich bohaterów.
----- Original Message -----
ul.3 maja 100 http://lad.blox.pl/2006/05/przerwa-sniadaniowa-eine-Pause-Mahlzeit.html
Ludzie odpowiednio wytresowani być może zgodzą się z tym bez zastrzeżeń, jednak takie stosowanie wypracowanych współcześnie kryteriów politycznej poprawności do sytuacji z przeszłości bywa zabiegiem ryzykownym. Oto fragment opowieści pana doktora Marka Edelmana o swoich bohaterskich czynach w warszawskim getcie: "Żeby wystarać się o broń, urządzaliśmy »eksy«, czyli ekspropriacje. Chodziło się do bogatych Żydów czy też żydowskich policjantów, terroryzowało ich i zabierało forsę. Kasę Judenratu ograbiliśmy na setki tysięcy złotych, obrabowaliśmy też przedsiębiorstwo aprowizacyjne. Lichtenbaum, przewodniczący Judenratu, odmówił nam pieniędzy. Uwięziliśmy więc jego syna. Trzymaliśmy go przez dwanaście godzin. Do Lichtenbauma napisaliśmy, że trzymamy chłopca z nogami zanurzonymi w cebrzyku z lodowatą wodą tak, że na pewno nabawi się choroby. Przyszli z pieniędzmi. Innym razem żydowski policjant, zresztą skurwysyn, nie chciał dać nam pieniędzy. Musieliśmy pokazać, że jesteśmy twardzi. Przyszliśmy do niego około czwartej, gdy termin ultimatum już upływał. »Nie chcesz dać?« - spytaliśmy i zastrzeliliśmy go. Po tym zdarzeniu wszyscy płacili. W sumie pieniędzy nam nie brakowało. To my byliśmy prawdziwą władzą w getcie. To my decydowaliśmy, jak mają żyć ludzie, którzy pozostali w getcie. Nazywali nas »partią«. Gdy partia coś kazała, było to wykonywane".
Gdyby ktoś w ten sposób opowiadał o swojej dzisiejszej działalności, mógłby narazić się na krytykę, a może nawet zdecydowane potępienie. Tymczasem tak właśnie wygląda bohaterstwo, tyle że w okolicznościach zdecydowanie innych. Wydaje się, że jednak zawsze polega - po pierwsze - na umiejętności zdefiniowania własnego albo partyjnego interesu, uznaniu jego oczywistej wyższości i na pewnej bezwzględności w jego realizowaniu. Wymaga zatem zupełnie innych odruchów niż te, do których społeczeństwo nasze jest wdrażane poprzez tresurę. Nikt bowiem ani wtedy, ani teraz nie uznaje za bohaterów tych, którzy potulnie wykonywali to, co kazała partia. Bohaterami i wtedy, i teraz byli ci, którzy partię tworzyli. Którzy wiedzieli, skąd naprawdę wyrasta władza. Cóż więc w tej sytuacji przystoi nam czynić? Czy nie połamać bata i położyć kres tresurze? Bohaterowie pokazują drogę.
05-420 Józefów
NIP 532-001-65-77
tel. (+4822) 7894950
fax. (+4822) 7892108 http://www.nczas.com/?a=show_article&id=3106
Samstag, 6. Mai 2006 - 12:58 Uhr (CEST) 0 Kommentare | Permanenter Link
Freitag, 05. Mai 2006
Witold Tomczak, MdEP an Regierungspräsident Marcinkiewicz, gegen weitere Privatisation
Witold Tomczak - Nowa Myśl Polska z dnia 23 04. 2006, str.2.
Pan Kazimierz Marcinkiewicz
Prezes Rady Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej
Szanowny Panie Premierze!
Otrzymałem informację, że w ramach realizacji założeń strategii restrukturyzacji przemysłu chemicznego z 2003 roku (przyjętej przez rząd SLD) w dniu 3 kwietnia 2006 r. podpisano wstępną umowę w sprawie prywatyzacji Zakładów Azotowych w Tarnowie – Mościskach S.A. Nabywcą tego czołowego polskiego zakładu chemicznego ma być niemiecka firma PetroCarboChem (PCC). Sprzedaży podlegać ma aż 80% akcji Zakładów Azotowych. Aby umowa stała się ostateczna i prawomocna wymaga zatwierdzenia przez Radę Ministrów na wniosek Ministra Skarbu.
W związku z powyższym kieruje do Pana Premiera następujące pytania:
1.Czy wyprzedaż jednej z najcenniejszych polskich firm w istocie leży w planach Polskiego Rządu?
2. Czy wiadomo Panu Premierowi, że sprawa dotyczy przedsiębiorstwa z ogromną tradycją, rozwojowego, dysponującego wieloma kluczowymi dla rozwoju chemii patentami i znakomitą kadrą, z załogą liczącą około 11 tysięcy pracowników, że przedsiębiorstwo to w większości produkuje na eksport (ponad 60%) i to nie tylko do krajów obu Ameryk i Azji, że w 2005 roku przedsiębiorstwo to wypracowało dla Polski 70 mln zł czystego zysku?
3. Czy prawdą jest, że Pański Rząd pracuje także nad przygotowaniem prywatyzacji kolejnego wielkiego potentata polskiego przemysłu chemicznego, a mianowicie Zakładów Azotowych w Kędzierzynie – Koźlu i to tej samej niemieckiej firmie PCC?
4. Czy w przekonaniu Pańskiego Rządu firma PCC jest wiarogodnym partnerem tej transakcji? Czy do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego skierowano wniosek o zbadanie wiarygodności niemieckiej firmy PCC i jakie są ewentualne wyniki tego postępowania?
5. Czy nie sądzi Pan Premier, że z jakimikolwiek decyzjami w sprawie podobnych prywatyzacji – jeżeli w ogóle miałyby być przeprowadzone – należałoby wstrzymać się minimum do czasu obsadzenia rad nadzorczych i zarządów spółek Skarbu Państwa przez kadry, które nie będą prostą kontynuacją polityczno-gospodarczych układów lewicy?
6. W jaki sposób przejęcie kluczowych zakładów polskiego przemysłu chemicznego przez firmę niemiecką miałoby przyczynić się do rozwoju polskiej gospodarki?
7. Czy istotnie zamiarem Pańskiego Rządu jest kontynuacja polityki wyprzedaży polskiego majątku, realizowanej wcześniej przez lewicę?
Panie Premierze! Należę do tych, którzy pragną w dobrej wierze przyjąć deklaracje Pańskiego Rządu i Pańskiego środowiska politycznego – stania na straży dobra Polski. To jednak wymaga nie tylko słów, ale i czynów. Opisane w tej interpelacji okoliczności są okazją do udowodnienia Pańskiej i Pańskich Kolegów wiarygodności. Wyrażam nadzieję, że Pan nie zawiedzie.
Z wyrazami szacunku
Witold Tomczak
Poseł Rzeczpospolitej Polskiej do Parlamentu Europejskiego
Kilka słów komentarza do tego listu opublikowanego w Nowej Myśli Polskiej:
Wysokość plonów w rolnictwie zależy w ogromnym stopniu od nawożenia azotowego, każdy to wie, kto ma coś wspólnego z rolnictwem. Natomiast opłacalność produkcji rolnej zależy ogromnie od ceny nawozów azotowych. Jeśliby PCC stało się monopolistą, lub prawie monopolistą na naszym rynku nawozów azotowych tym samym nasze rolnictwo byłoby całkowicie uzależnione od dobrej a czasem mniej dobrej woli obcego kapitalisty. Gdy się o tym pomyśli skóra cierpnie - to byłby strzał w serce polskiego rolnictwa. Nie mamy już prawie polskiego przemysłu a tu jeszcze rolnictwo ma być prawie całkowicie uzależnione od obcych. Czy przyszłe pokolenia wybaczyłyby nam taki kardynalny błąd strategiczny? Czy PCC będzie pracować na rzecz rozwoju polskiego rolnictwa? Chyba tylko człowiek mało rozsądny mógłby tak pomyśleć – oni będą pracować we własnym interesie. Na pewno też jako monopoliści czy prawie-monopoliści ulegną pokusie znacznego zwiększenia ceny nawozów azotowych.
Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy: Czy PCC będzie chciało utrzymywać produkcję w Zakładach Azotowych – a dlaczego by nie zlikwidować jej w Polsce i przenieść do Niemiec, aby zmniejszyć bezrobocie we własnym kraju? Ileż jest przykładów takiego postępowania zagranicznych firm w ostatnim czasie? Nawet gdyby były jakieś umowy na kilka lat o nie zmniejszaniu zatrudnienia, to przecież one wkrótce wygasną.... A wtedy nasze uzależnienie od obcego przemysłu (i tym razem od importu) jeszcze katastrofalnie wzrośnie. Trudno sobie wyobrazić szkody jakie dla polskiej gospodarki przyniosłoby oddanie Zakładów Azotowych w obce ręce.
Wreszcie trzeci aspekt – zaprzestanie wyprzedaży polskiego majątku to sprawdzian - papierek lakmusowy dla wiarygodności PiS i tworzonego pod jego przewodnictwem Rządu. Miliony ludzi w Polsce z nadzieją czekają na posunięcia Rządu, które byłyby zapowiedzią prawdziwych zmian w polityce wewnętrznej i zewnętrznej w Polsce. Te miliony nie czekają na kontynuację niszczenia polskiej gospodarki i zniewalania nas. To ostrzeżenie!
Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz
em. profesor Instytutu Warzywnictwa w Skierniewicach
Prof. dr hab. Roch Doruchowski
em. profesor Instytutu Warzywnictwa w Skierniewicach
Prof. dr hab. Olgierd Nowosielski
em. Kierownik Zakładu Nawożenia
Tytuł artykułu: Dlaczego kontynuujecie wyprzedaż?
----- Original Message -----
From: Krzysztof Cierpisz
To: sowa-frankfurt@t-online.de
Sent: Friday, May 05, 2006 9:23 AM
Subject: Fw: Pan Kazimierz Marcinkiewicz Prezes Rady Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej
prosze to opublikowac
http://sowa.beeplog.de/17379_110123.htm
Radio Maryja glosem ludzi zydlaczacych w naszym polskim domu

Radio Maryja głosem ludzi żydłaczących w naszym polskim domu
Die auf Weblogs sichtbaren Daten und Inhalte stammen von
Privatpersonen. Beepworld ist hierfür nicht verantwortlich.




