Du befindest dich in der Kategorie: Kinder und Jugendliche
KULTURA - Giedroyc
(...) Prośba Cześka o to ,żeby napisać coś o moich kontaktach z Giedroyciem, niemal wywołała we mnie wyrzuty sumienia z powodu banalności wymienionych z redaktorem paryskiej „Kultury” słów, bo nie było w nich nic takiego, co mógłbym teraz przekazać do Kraju. No i ta piwnica, o której już wiesz, w której przechowywałem kilkadziesiąt roczników „Kultury” przywiezionych z Monachium, otrzymanych w darze od Włodka Sznarbachowskiego (Włodek ma w tym roku 9O urodziny, a Frassati-Gawrońska, która wywiozła go we wrześniu 39 roku z Polski razem z żoną generała Sikorskiego i setką innych Polaków, w sierpniu obchodziła setne); piwnica, w której nic nie było – jak stwierdza w piśmie do mojego adwokata przedstawiciel właściciela budynku – a tylko „stare śmieci”, które powodowały zagrożenie pożarowe. Mówiłem Ci: osiem pudeł po bananach, których w latach osiemdziesiątych nie mogłem przewieźć do żadnej biblioteki w Polsce z Encyklopedią Brytanica, bo jeszcze nie była pora na takie jazdy i lektury w kraju. Nie mogłem, ale chciałem. A może chciałem i nie mogłem ?
Czytam dzisiaj w „Dzienniku Kijowskim” - to taki polski dodatek do „Hołosu Ukrainy”, redagowany przez Staszka Panteluka w Kijowie – co o Giedroyciu powiedzał na Ukrainie w tym roku Leopold Unger, a z reporterską dokładnością zapamiętał sobie Borys Dragin (ma taki dar do pamiętania, podziela chyba z Cześkiem też coś, co przyjdzie nazwać tu serdeczną, segestywną emocjonalnością): „... z Juliuszem Mieroszewskim, który był w dużym stopniu ideologiem „Kultury”. Mieszkał w Londynie i przez 40 lat nie był ani razu w Maisons-Laffitte. A Giedroyć widział go tylko jeden raz w Londynie przez ten cały okres...”.
Można było z Giedroyciem współpracować, wymieniać się korespondencją, lub uwagami przez telefon jak Unger. Można było nie widywać się albo i nie publikować w „Kulturze”. Nie sposób było jednak przejść obojętnie obok myśli wskazującej na konieczność innego spojrzenia przez Polaków na swoich wschodnich sąsiadów,innego niż nacjonalistyczne, obcego dogmatycznemu klerykalizmowi. Nie można było też spoza zwyczajowych grzeczności, które warunkowała banalność frankfurckiego bazaru książki, wydobyć czegoś bardziej charakterystycznego dla Giedroycia od spokoju spojrzenia, który unosił się nad głowami innych uczestników tego spektaklu: wydawców, dziennikarzy, przeróżnych dziwnych osób. Gości z jednej i drugiej strony żelaznej kurtyny.
W sobotę stoisko „Kultury” było puste, Giedroycia nie było. Były: papucie, wzrok, jakieś zwykłe, nic nie znaczące słowa, i te pudła po bananach wypełnione „Kulturą”.
Stefan Kosiewski: Z listów do Leona (Zdanowicza) Frankfurt nad Menem,10 października 2002 r.
ŁOBEZ
Die auf Weblogs sichtbaren Daten und Inhalte stammen von
Privatpersonen. Beepworld ist hierfür nicht verantwortlich.


